Seksizm, Rasizm, A Wszystko W Koronkach; Victoria’s Secret w Polsce 2/2

Tydzień temu ucieszyłam Was tekstem o ośmiolatkach w push upach i szaleństwie związanym z otwarciem butiku w warszawskiej Arkadii. Dziś kontynuujemy temat Victoria’s Secret i zagłębiamy się w kontrowersje związane z marką i zastanawiamy się, czy warto w VS kupować, nawet jeśli się mieścimy w ich rozmiarówkę. Część pierwsza tekstu – tutaj.

W ciągu ostatnich 10 lat marka przeżyła niezliczoną ilość kontrowersji: kolekcja bielizny Undress Code do noszenia na wierzch (underwear as outerwear), rasistowskie / egoztyzacjne kostiumy na pokazie Aniołków, kradzież cudzych projektów, skandal z ujawnieniem diety Aniołków, majtki z napisem Bright Young Things, niewolnicza praca dzieci zbierających bawełnę na bieliznę VS, klientka z uszkodzonym przez ozdobę na majtkach wzrokiem, sesja w stylu bodypositivity w której każda modelka ma ten sam rozmiar, afera z formaldehydem w produktach, i o wiele więcej. Spokojnie powiedzieć można, ze VS to weteran zamiatania problemów pod dywan.

Udawanie innej kultury, której się nie chce nawet poznać, to rasizm.

Wyżej widzicie erotyczny kostium gejszy, czyli przykład na jednoczesną egzotyzację i cultural apriopriation; pierwszy termin oznacza formę estetyki, w której główną wartością jest to, że dana rzec została zainspirowana przez obcą kulturę, głównie ze wschodu (pałeczki do jedzenia we włosach, plastikowe świecące bindi na czole, haftowane chińskie smoki na dżinsach, tatuaże o treści ‚smażony ryż’ w japońskich ideogramach kanji itp.), a nie jej walory jakościowe czy estetyczne. Drugi termin to określenie na przywłaszczanie sobie cudzych kulturowo wzorów, strojów, fryzur czy kostiumów przez osoby pochodzenia europejskiego tak, że są one akceptowalne na białej osobie, ale ktoś pochodzący z kręgu kulturowego, w którym ten element stylu jest naturalny, jest wyszydzany lub określany jako niezasymilowany. Popularnym przykładem są warkoczyki cornrows: kiedy czarna kobieta nosi cornrows jest często określana jako nieporządna i budzi skojarzenia z subkulturą przestępcza z gett, natomiast biała kobieta nosząca takie warkoczyki jest postrzegana jako podążająca za trendami, a nawet określana jako trendsetterka… mimo że cornrows to styl wymyślony przez Afrykanki, które próbowały w stylowy sposób ujarzmić swoje włosy. Gejsze nigdy nie budziły skojarzeń erotycznych, ich praca polegała na dotrzymywaniu towarzystwa i spędzaniu czasu na rozmowie, grze na instrumentach, tańcu, śpiewie i nalewaniu napojów towarzyszącym im mężczyznom. Victoria’s Secret ma to gdzieś i robi z gejszy chodzący stereotyp (i wkłada jej we włosy pałeczki, których jako żywo żadna Japonka nigdy nie włoży we włosy). Jest to trend, który niestety jest popularny w historii firmy i zespół PR musi mieć ręce pełne roboty: innym razem wszystkie czarnoskóre modelki zostały upchnięte w trybalnej części pokazu. VS ma wielki problem rasowy i to niestety widać.

Karlie Kloss w świętym indiańskim kostiumie; takie nakrycie głowy to odpowiednik Virtuti Militari na piersi zasłużonego AKowca. Wyobraźcie sobie, że Ewa Michalak albo Gorteks przyczepia swoim stanikom malutkie medale na mostkach… żeby tego było mało, co mają lamparty wspólnego z indianami Ameryki Północnej? Fun fact: na terenie USA nie żyją dziko lamparty, gepardy, ani żadne inne zwierzęta, które mają skórę w taki wzór. No i ostatnia sprawa: nie jest okej przebierać się ani stereotypizować ludów, które dalej istnieją. Indianie to grupa etniczna, która dalej egzystuje, mają swoje wierzenia i tradycje. Przebieranie się za nich w formie kostiumu ma mniej więcej tyle szacunku do ich tradycji i tak pomaga ich próbom wyempancypowania się, jak noszenie żydowskiego chałatu w formie fashion statement.

Różnorodność nie kończy się na wzroście i kolorze włosów

Nie ma co ukrywać, Victoria’s Secret robi kilka rzeczy dobrze — najstarsze modelki chodzące w pokazach miały już pod czterdziestkę (Heidi Klum skończyła swoja przygodę z VS w wieku 37 lat, Tyra Banks – 32), co absolutnie nie jest standardem w branży. Na pokazach pokazywały się także dziewczyny kolorowe, co również nie jest codziennym widokiem nawet w 2017 roku. Jednak wiek i kolor skóry to nie jedyne czynniki, które trzeba brać pod uwagę, starając się dbać o różnorodność; gender, rozmiar, odbiegające od fashion-standardu rodzaje piękna, melanizm, bielactwo, tatuaże, kolczyki, doświadczenie trans*, kolorowe włosy, rozstępy, brak kończyny, wózek inwalidzki, wiek bardzo zaawansowany — kobiety z tymi cechami pojawiają się w coraz większej ilości kampanii marek bielizny, żeby wspomnieć Panache i Curvy Kate chociaż – a z naszego podwórka Wellfitting i Ewę Michalak – natomiast VS tkwi dalej w poczuciu, że ich produkty będą kupowane tylko wtedy, jeśli będzie je reklamować biała (albo podobna do białej budową i kolorem skóry; umówmy się, Tyra Banks bardziej przypomina Cameron Diaz niż przeciętną Afrykankę) modelka; od pierwszego pokazu VS przez wybieg przeszło zaledwie 36 czarnych dziewczyn i 8 Azjatek na 224 modelki w ogóle. Można oczywiście dyskutować, że nie da się wrzucić w jeden pokaz każdego jednego rodzaju piękna, i oczywiście trudno się z tym zgodzić. Jednak wystarczy przeprowadzić proste ćwiczenie: wyobraźmy sobie, że modelki z pokazu i ich typy urody, budowy czy styl zaczynają zasiedlać przeciętną ulicę w dużym mieście. Widzicie to? Jeśli na taki widok zatrzymalibyście się ze zdziwieniem, bo nagle miasto zostało zawładnięte przez długonogie kaukaskie blondynki, to coś jest nie tak. Nie można być tym, czego się nie widzi – więc kiedy niska, rudowłosa i piegowata dziewczynka czy Azjatka z dużym biustem nie widzą swoich reprezentantek w katalogach ani na pokazach VS, to nie czują się jak osoby, które zasługują na bycie postrzeganymi jako atrakcyjne. Wyrasta nam kolejne pokolenie wybielających skórę kolorowych dziewczyn, farbujących się na blond rudych i brunetek, odchudzających się z mięśni pulchnych, operujących sobie malutkie piersi i zmniejszających biusty średnio obdarzonych piersiami dziewczyn, bo się nie mieszczą w sławne już amerykańskie DDD.

Kampania ‚The Perfect Body’, zmieniona później na ‚Body for Everybody’; teoretycznie jest to treść body positivity, praktycznie każda z modelek jest w tym samym rozmiarze, mniejszym niż noszony przez przeciętną amerykankę (38).

Równie szkodzące kobietom jest stawianie modelek w świetle kompleksu Madonny/Dziwki; Candice Swanepoel czy Miranda Kerr nigdy nie spotykają się z obelgami, czy backslashem ze względu na publiczne pokazywanie się w bieliźnie, mimo że to dobre żony i matki, czyjeś heteroseksualne partnerki, co zazwyczaj powoduje święte oburzenie konserwatywnej części społeczeństwa. Wystarczy jednak, że do Aniołków cały zespół PR zwraca się per ‘lady’ i problem zażegnany; to są damy, dobre dziewczyny, które po prostu jednocześnie chodzą po wybiegu ubrane w 50 cm kwadratowych materiału. Z drugiej strony miliony kobiet na świecie musza tłumaczyć się, ze 3 cm dekoltu więcej niż czyjeś widzimisię to nie jest podstawa do bycia łapaną w metrze za tyłek. Podwójny standard? Owszem, jak najbardziej. Przesadzam? Taki komentarz zobaczyłam pod jednym ze swoich zdjęć wstawionych na tzw. grupę bekową, kiedy próbowałam się dowiedzieć, czemu administracja uważa za słuszne używanie mojego zdjęcia jako materiału do masturbacji ego i czemu widnieją pod nim komentarze typu ‚obleśne’, ‚spasiona świnia’, wywalony brzuchol’ itd:

Ktoś tu nie rozumie pojęcia empowerment

Nie jestem feministką, ale najboleśniejszy dla mnie, osobiście, jest jednak fakt, że VS sprzedaje swoje produkty pod sztandarem oddania władzy kobietom, eksplorowania swojej seksualności, odzyskania kontroli nad swoim ciałem i ozdobienia go. Jest to absolutna nieprawda. Victoria’s Secret zaczęło swój żywot jako sklep dla mężczyzn — miejsce, w którym mogą kupić coś dla swojej ukochanej. Gdy Limited przejęło spółkę, rozpoczęto rebranding, który zmienił VS w sklep dla kobiet, ale asortyment pozostał ten sam. VS sprzedaje produkty, w których kobiety mają podobać się białym, heteroseksualnym mężczyznom, a przynajmniej do takiego smutnego targetu zawęża swoje widzenie świata zespół projektantów VS. Sprzedawczynie są na szkoleniach instruowane, że klient to większy skarb dla sieci niż klientka, bo zostawi w sklepie więcej pieniędzy, nie znając się kompletnie na tym, co kupuje i ile to powinno kosztować. W katalogach marki nie znajdziemy opcji, które przeciwstawiają się normom płciowym, nie odwołują się do klasycznych męskich fantazji o kobietach, szanują dziedzictwo kulturowe konsumentek (Japonki były na pewno zachwycone tym body z pasem obi, zwalczając od II Wojny Światowej stereotyp gejszy prostytutki), i stawiają wygodę oraz zdrowie ponad efekt wizualny. Proszę, podajcie jeden argument, dla którego VS nie poszerza swojej oferty rozmiarowej: mają zaufaną bazę klientek, do projektów wzdycha masa dziewczyn D+, które gotowe byłyby płacić nawet trochę więcej niż za bieliznę znanych firm szyjących do miski K; obroty marki mogłyby zostać zwiększone o miliony dolarów.

Tak mogłoby to wyglądać. Czy to naprawdę aż takie straszne?

Powód jest prosty: trzymanie kobiet w aberracyjnej tabeli rozmiarowej nie tylko wymazuje problemy z emancypacją kobiet każdej kombinacji tożsamościowej, ale i utrzymuje status quo, w którym idealna kobieta XXI w. nadal stanowi bat, którym poganiamy dziewczyny wchodzące za rozmiar 40, niepełnosprawne, nieheteroseksualne i niebinarne płciowo. VS nie ma interesu w promowaniu faktycznego empowerment, bo empowerment stoi w jasnej sprzeczności z interesami firmy; kobieta świadoma swojej wartości i pozbawiona kompleksów nie kupi niepasującego biustonosza z push upem grubości 4 cm, bo wie, że jest jej to absolutnie do niczego niepotrzebne. Nie kupi także źle uszytych majtek, wrzynających się jej w pośladki, bo nie będzie miała potrzeby świecić metką VS jak statusem socjoekonomicznym. Pokazy Aniołków byłyby bardziej zróżnicowane i apelowały nie tylko do male gaze, ale i do kobiet, które przecież nie sa jak jeden mąż (sic!) heteroseksualne. Niestety, bardzo wiele firm próbuje dostosować się do modelu VS, bo próbują uszczknąć coś z sukcesu tego giganta. Sprzedawanie narzędzi służących do dostosowania się do odpowiadającego danej grupie mężczyzn standardu urody to nie jest empowerment.

Weźmy pod lupę serię Undress Code, która po dzikim backlashu została wycofana z oferty online. Victoria’s Secret zaoferowało konsumentkom linię bielizny do noszenia na wierzch w stylu underwear as outerwear. O ile jednak trend UaO polega na wkomponowaniu bielizny w stylizację tak, żeby tworzyła harmonijną całość i żaden jej element nie krzyczał wizualnie, o tyle kolekcja Undress Code nie próbowała nawet udawać, że chodzi o cokolwiek innego, niż o pokazanie więcej kobiecego ciała na ulicy. Koncepcja #freethenipple i promowanie dowolnego wyboru stroju przez kobiety są jak najbardziej słuszna i zawsze będę je popierać, i na nich zresztą VS próbowało zbić hajs, wmawiając kobietom, że założenie całkowicie przezroczystej spódnicy z koronki do wielkiego swetra jest okej. Ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, w której noszenie czegoś tak narażającego w naszej kulturze na gwizdy i niechciany dotyk w ścisku ma być formą empowerment dla kogokolwiek. W nabywaniu za bardzo duże kwoty bielizny, której celem jest promowanie jednej wersji seksualności, nie ma nic oddającego kobietom władzę na swoim wizerunkiem i pozycją, przeciwnie; służy to po prostu seksistowskim interesom tej części społeczeństwa, które na rękę jest, żebyśmy dalej marnowały czas, próbując wyglądać jak Adriana Lima, bo zza tej koronkowej spódniczki może wyjrzeć kawalątek cellulitu.

Cóż by zrobili Ci wszechpotężni seksiści wszak, gdybyśmy cały czas spędzony na próbach uzyskania thigh gap, wydatkowania sobie tych idealnych mięśni brzucha, depilowaniu nóg, przejmowaniu się jednym małym pryszczem w kącie czoła i polowaniu na cellulit zużyły zamiast to na zdobywaniu wiedzy i umiejętności?

Otóż nie mieliby pracy, bo byłybyśmy bardziej od nich kompetentne.

Tagi: , , , , , , ,

Related Posts

by
Previous Post Next Post
0 shares