Ja jestem gruba? Nie, to ona jest gruba. Ja mam tylko anoreksję.

Ta trójka ma absolutnie gdzieś, ile waży. Dla jednej z tych osób się to niedługo zmieni.

 

Wydawać by się mogło, że o ciałopozytywności powiedziano już absolutnie wszystko, co się dało, i każdy już wie, że to nie jest promowanie otyłości (pamiętacie teorię o promowaniu homoseksualizmu? No to to jest coś w tą samą mańkę) ani próba przejęcia świata przez tony kobiecego tłuszczu. Ciągle jednak widzę zakopane po internetach wywody o tym, że ciałopozytywność szkodzi, bo sprawia, że “lenistwo” (czemu w cudzysłowiu, o tym za moment) staje się akceptowalną normą, i że to taka ideologia dopisana do zaniedbania. W związku z tym chciałabym trochę opowiedzieć o sobie i o tym, jak wygląda życie, jak się było po stronie rzekomo idealnej i po stronie tych wstrętnych baleronów.

 

Przez większość życia byłam chudzielcem z metabolizmem kolibra, który mógł wchłaniać dziennie 3500 kcal kompletnie bezkarnie, a pediatrzy dopytywali moich rodziców, czy mnie nie głodzą. Czipsy, czekolada, zupki chińskie, pizza, hamburgery – to wszystko znikało we mnie bez śladu, jakbym była czarną dziurą, która się nigdy nie zapełni.

 

 

Ja w wieku 12 lat z groszami – cirka 40 kg

 

Dopiero kiedy w bardzo późnym wieku dojrzewania metabolizm zaczął hamować odkryłam, że zjedzenie 10 paczek ciastek w tygodniu nie kończy się dalej figurą chłopczycy, tylko fałdkami tu i ówdzie. No i dobra, przestałam jeść aż tyle słodkiego i junk foodów, trochę nad tym ubolewałam, ale szło się odzwyczaić. Co jednak nabrałam, to zostało, i z dwunastolatki ważącej 35 kg stałam się ważącą 80 kg dwudziestolatką z pysiem jak księżyc, która jednak niespecjalnie się czymkolwiek z tym związanym przejmowała. Postrzegałam się wtedy jako krągłą uwodzicielkę, z gatunku Moniki Bellucci, z obfitym biustem i biodrami, na których dało się zaparkować motocykl. Jedyny powód, dla którego faktycznie waga mi przeszkadzała, to były uwagi (niestety bliskich mi osób), że mam ‘dupę jak szalupę’, bo patrząc w lustro dalej strzelałam z palców i myślałam ‘wow, wyglądasz jak żyleta’. Zdrowotnie byłam ideałem – oddawałam krew, morfologię miałam zawsze książkową, dziennie wychodziłam 3 km ponad przeciętną, płuca jak miechy kowalskie, wszystko cacy.

 

Ja w wieku ok. 20 lat – cirka 75kg

 

Ja w wieku 21 lat – najwyższa waga mojego życia, ok. 82 kg, i przy okazji moje najbardziej ulubione zdjęcie. To zdecydowanie był moment mojej największej pewności siebie we własnym ciele.

 

Dopiero kilka lat później, kiedy przydarzyła mi się w życiu bardzo ciężka sprawa, moja waga stała się nagle centralnym punktem mojej egzystencji. Jest taka bardzo niefajna choroba, która powoduje, że kiedy już niczego (z własnej perspektywy) nie możesz kontrolować, to waga wpada Ci do głowy jako najprostsza do ogarnięcia rzecz. Ta choroba nazywa się anorexia nervosa, albo po polsku jadłowstręt psychiczny. Zabawna sprawa; pół roku przed diagnozą sama pytałam z kompletnym zdziwieniem mojej wykładowczyni, jakim cudem chorować na to może niemowlę, przecież niemowlak to nie modelka! A jednak niemowlak w przypływie silnego stresu też może odmówić jedzenia, próbując cokolwiek móc zdziałać swoim bieda-arsenałem.

 

Zaczęłam dosyć prosto: czytałam o dietach (żadnej nie chciałam stosować), przeglądałam blogi motylkowe (czyli młodych anorektyczek), oglądam thinspirations, na których dziewczyny odmierzały sobie porcje jedzenia, wsypując do dołków w obojczykach płatki śniadaniowe. Przez jakiś czas miałam ustawioną jako tapetę w telefonie sentencję “nie jesteś dostatecznie chuda, póki Twoja bransoletka może Ci robić za pasek”. Z czasem do dieta przepisów doszło obsesyjne pilnowanie ilości kalorii wypisywanej na opakowaniach produktów, chwalenie się na tumblrze, jak mało zjadłam (póki mnie nie zbanowano za promowanie idei pro-ana), poszczenie, zapijanie się litrami wody, żeby oszukać żołądek, oglądanie filmów dokumentalnych o jedzeniu zamiast posiłków…

 

 

Cirka 67 kg

 

 

Cirka 65kg

 

Kompletnie zgubiłam moment, kiedy zjedzenie czegokolwiek spontanicznie i na luzie stało się dla mnie kompletnie niemożliwe. Nie byłam w stanie bez zaplanowania i obliczenia wartości kalorycznej posiłku zjeść NIC. Mój dzienny limit kaloryczny z 1500 kcal spadł na 1000, potem na 750, potem na 500, zatrzymał się na 300 kcal. Większość moich posiłków składała się z wody, jogurtu 0%, jabłek, sałaty, ewentualnie kurczaka – ugotowanego. Czasem nawet tofu. Moja cera wyglądała tragicznie, męczyło mnie wszystko, dziąsła zaczynały się cofać z zębów, miesiączka mi się zatrzymywała i zaczynała kompletnie losowo, włosów miałam więcej na podłodze niż na głowie. Nic to: spadające na wadze cyfry były jak działka narkotyku, i codziennie wstawałam w nadziei, że waga drgnęła choćby o pół kreski, jakbym grała w Candy Crush Saga i chciała strasznie przejść kolejny poziom. Zdjęć z tego okresu nie mam za wiele, bo dokumentowanie swojego wyglądu (nie licząc twarzy) było wtedy dla mnie jak chomikowanie dowodów, że kiedyś byłam gruba.

 

 

 Ok. 60kg.

 

Szczęśliwie w miarę szybko dzięki wsparciu Madź i mojego ówczesnego partnera, który miał z zaburzeniami odżywienia więcej wspólnego, niż by chciał, otrzymałam pomoc lekarską i z pomocą specjalisty utrzymuję chorobę w remisji, co nie oznacza, że jestem zdrowa. Chora będę do końca życia. Czasem nadal muszę “otrzymać pozwolenie” żeby coś zjeść, bo inaczej sama sobie na to nie pozwolę. Czasem, rzadko, ale jednak.

 

Od kiedy jednak moja waga stanęła w okolicach 75 kg tuż po ustabilizowaniu się zauważyłam coś dziwnego: kiedy chudłam w oczach i mieściłam się w spodnie mojej mamy sprzed ciąży (znana była z tego, że ubierała się w sklepach dziecięcych) wszyscy mieli dla mnie dobre rady: zjedz coś, bo umrzesz, idź po rozum do głowy, zacznij się ruszać to schudniesz bez głodzenia, nikt nie chce takich patyczaków. Po przytyciu z powrotem do zdrowej wagi te dobre rady nie znikły, tylko zmieniły się w inne: pilnuj wagi, nie tyj, bo nikt Cię nie będzie chciał. Kiedy utyłam znowu, do stopnia, w którym pojawił się mały brzuszek i boczki – zgadliście: znowu pojawiły się dobre rady. Promujesz otyłość, schudnij, idź na siłownię.

 

NIGDY moja waga i figura nie były okej, niezależnie od tego, jak wyglądałam. NIGDY.

 

Żyjemy w świecie, w którym aktualnym ideałem piękna jest abstrakcja. Kiedy Rubens wielbił duże pupy i cellulit, a Tycjan rude anemiczki, na Ziemi były setki tysięcy kobiet, które pasowały do trendu bez problemu – ot, takie się urodziły, bądź takimi zrobiły je okoliczności. Teraz jednak stadnie próbujemy gonić za modelem urody, który nie istnieje; fizyczną niemożliwością jest być jednocześnie ‘rozmiarem’ 36 w talii, 38 w biodrach, i 52 w biuście. To se ne da, pane. Impossibru. Ideał ‘thin voluptuous’, czyli chudej krągłej, jest wytworem Photoshopa, tak samo, jak wytworem Photoshopa są thinspirations.

 

 

 

 

I tu wkracza ciałopozytywność.

 

Ciałopozytywność to nie jest celebrowanie otyłości. Ciałopozytywność to nie jest także przedkładanie osób grubych nad chude. Ciałopozytywność to próba normalizacji… normalności.

 

To jest wykres rozkładu normalnego, czyli wykres tego, jak w normalnej sytuacji w populacji rozkłada się dowolna cecha. Choćby skały srały, zawsze na świecie będą osoby chude (ciemnoszare pole z lewej), ludzie grubi (ciemnoszare pole z prawej), i ludzie o wadze przeciętnej (środek). I to się nie zmieni. Nigdy. Choćby nie wiem jakie autorytety grzmiały, że promujemy otyłość, to ta ciemnoszara część z prawej i tak tam będzie, tak samo jak środek i część lewa.

 

Ciałopozytywność to też śmiała teza, że każdy z nas, niezależnie od figury, wagi, kondycji ciała i innych tego typu zmiennych zasługuje na to, żeby móc czuć się pięknym i nie być jedynie dodatkiem do liczby na wadze. Byłam piękna ważąc 35, 55, 75 i 80 kg, i byłam jedyną osobą która tego nie widziała – a nikt nie czuł się w obowiązku mi tego powiedzieć, bo byli bardziej zajęci przypominaniem mi, że zawiodłam ICH oczekiwania względem SWOJEGO wyglądu.

 

Anorektyczka nie jest swoją chorobą i ma prawo być nazywana piękną. Nie będzie od tego dalej chudła, bo i tak będzie miała wrażenie, że jet gruba, wstrętna, i musi zrzucić jeszcze pięć kiło, ale może zasieje to w niej ziarno nadziei, że nawet taką “grubą” ją ktoś uważa za przepiękną.

 

Gruba dziewczyna nie utyje bardziej od tego, że ktoś ją nazwie piękną. Grube osoby (o ile same nie cierpią na zaburzenia odżywiania) zazwyczaj nie stawiają sobie celu, że tego dnia dobiją do 100 kg, a jutro już do 105 kg, ale jeśli potwierdzimy, że tak, jest piękna, to może nie będziemy kolejnym bucem, który postrzega ją wyłącznie przez pryzmat jej wagi, i psuje jej dzień.

 

I grubi i chudzi ludzie mają zawody, zainteresowania, swoje opinie, preferencje. Jest milion innych rzeczy, o których można z nimi rozmawiać, ale z jakiegoś powodu akurat sylwetki odstające od (aktualnego) ideału powodują automatyczne wymazanie z pamięci tego faktu, i rozmowa kręci się wyłącznie wokół diety lub BMI. Dlaczego? Bo takich sylwetek w przestrzeni publicznej jest nadal za mało. Nie oglądamy się za tym, co nie wzbudza zainteresowania, a nie wzbudza zainteresowania to, co jest dla nas przeciętne i normalne.

 

Bardzo sobie życzę, żeby dziewczyny w rozmiarze 32 i 52 stały się absolutnie normalnym widokiem na ulicach – nie dlatego, że chcę, żeby jak najwięcej kobiet cierpiało na zaburzenia odżywiania (piszę to z najwyższym wstrętem, ale niektórzy nadal uważają, że anorektyczka to synonim bardzo szczupłej kobiety, potrzebującej rozmiaru XXS), tylko dlatego, że wtedy ich sylwetki przestaną przesłaniać nam wszystko inne na ich temat. Grube dziewczyny będą mogły zasięgać pomocy lekarskiej bez obaw, że wszystko, włącznie z reakcją alergiczną i kataraktą, będzie zwalane na ich tuszę, a chude nie będą słuchały wiecznie, że muszą coś zjeść. Grube nie będą w desperacji wydawać kroci na niedziałające diety i suplementy diety, chude nie będą płacić za implanty tyłka i w piersiach. Grube będą mogły kupić sobie coś seksownego bez brwi ekspedientek wyjeżdżających im na potylice od samej sugestii, a chude będą mogły się ubrać w sklepie dla dorosłych kobiet bez potrzeby przebierania w koszulkach z Hello Kitty na dziale dziecięcym. ‘Gruba’ przestanie być obelgą. ‘Chuda’ przestanie być kpiną.

 

Bardzo żałuję, że przez tyle lat nie było przy mnie kogoś, kto zamiast dawać mi dobre rady, powiedziałby i powtarzał w kółko “Agu, wyglądasz dobrze. Jesteś piękna. Nie musisz się odchudzać, tyć, w ogólnie nic nie musisz.” Bardzo żałuję, że sama musiałam, już w dorosłości, dojść do tego, że odmowa traktowania siebie jako wymarzony obiekt seksualny osób trzecich (ogól nogi, ogól pachy, nałóż tapetę, cycki na wierzch, noś obcasy, schudnij) to nie jest “lenistwo” ani “zaniedbanie”, a ja nie jestem winna nikomu dookoła siebie wyglądanie jakkolwiek. Bardzo żałuję.

 

Teraz ważę 73 kg, pokazuję się na instagramie bez ubrań (jeszcze rok temu było to dla mnie sporym wyjściem z własnej strefy komfortu), mogę z dumą powiedzieć, że naskoczyć może mi każdy, kto chce mi radzić, co mam ze sobą robić. Mam przy sobie partnera, który mnie utwierdza w przekonaniu, że choćbym rano wstała z przekonaniem, że wyglądam jak pasący się majonezem waleń w ostatnim stadium otyłości chorobliwej, to jest to durnota, wynik mojego skrzywionego spojrzenia, i że mogę dbać o siebie bez zamęczania się tematem swojej wagi – jedząc normalnie, dbając o aktywność fizyczną, i nosząc się jak ja chcę, a nie jak chcą moi krytycy. Przede wszystkim wyzbyłam się tej zinternalizowanej mizoginii, która objawia się tym odruchem, żeby krytykować każdą kobietę, która odbiega od naszego preferowanego wizerunku; przecież ona nie wie, jaka jest PRAWDZIWA KOBIETA.

 

Fun fact: mam dowód osobisty i obywatelstwo, śmiem twierdzić, że jak najbardziej jestem prawdziwą kobietą, a nie wytworem czyjejś wyobraźni. Moje koleżanki blogierki, Ashley Graham, Kate Moss, i bezimienne setki innych dziewczyn to też prawdziwe kobiety. Światowy bank danych podaje, że jest nas na świecie jakieś 3,5 miliarda, a więc jest 3,5 miliarda sposobów, żeby być prawdziwą.

 

Strasznie irytujące jest, kiedy ktoś pisze, że skoro pokazuję się bez ubrań, to jest to taki wabik na facetów, i że nie mam się co dziwić, że samce na fałdy nie leco, i że wrzucając takie foty godzę się na przywoływanie do porządku tekstami o swoim obleśnym ciele. Taak. Pomijając już fakt, że nie każda kobieta jest hetero (na przykład niżej podpisana), i część z nas ma kompletnie w nosie męską perspektywę (shoutout do pań feministek ortodoksyjnych, które namawiają mnie do usunięcia bloga, bo karmię male gaze) to moje pokazywanie fałdek i cellulitu nie służy kuszeniu kogokolwiek. Moje sadełko na widoku publicznym służy zagęszczeniu dyskusji, znormalizowaniu widoku naturalnych ludzkich ciał, i symbolicznemu przejęciu kontroli. To nie pan, siedzący w zatłuszczonych od wycierania łap po czipsach spodniach przed kompem w piwnicy ma władzę, pisząc, że by się nie umówił z Rihanną, bo ma za duże czoło, tylko ja – wyrzucając za okno oczekiwania tego pana i mimo wszystko oczekując szacunku, ba; WYMAGAJĄC GO. Wymagam szacunku do swojego ciała, które waży 73 kg i ma tu rozstęp, a tam cellulit, a tam ślad po upadku z roweru. I jeśli chcę je celebrować tak, że można je zobaczyć w bieliźnie, to mam do tego święte prawo, a fakt, że pod spodem zdarzają się komentarze jak poniżej, jest najlepszą diagnozą tego, czy ciałopozytywność jest nam jeszcze potrzebna.

 

 

Podsumowując – ciałopozytywność to karkołomna próba usunięcia czyjegoś wyglądu z pierwszego miejsca na liście jego istotnych cech, zwłaszcza, gdy jest to wygląd niepasujący do foremki aniołka Victoria’s Secret.

 

Pisanie ‘a co z ich sercem?????!11????!!?11??!’ kiedy ktoś inny wrzuca zdjęcie z hasztagiem #GrubeJestPiękne przypomina podjazdy w stylu NotAllMen – nie bijesz kobiet, gratulujemy, order z ziemniaka prześlemy pocztą, a tymczasem spadaj i przestań delegitymizować konkretny problem społeczny. I przestańmy udawać, że wysyłanie kogokolwiek na siłownię czy na dietę to wyraz troski; z daleka słychać fapfapfap nad własną umiejętnością dowalenia komuś zza ekranu.

 

Related Posts

by
Previous Post Next Post
335 shares