Boję się schudnąć i to jest problem, czyli oda do algorytmu

Serwis Tumblr, na którym miałam konto mniej więcej od 2008 r., zablokował mnie w pewnym momencie jako użytkowniczkę, bez możliwości powrotu na stronę. Jaki był tego powód? Algorytm zainstalowany w portalu po tym, co wrzucałam na swojego mikrobloga, rozpoznał, że wpadam w zaburzenia odżywiania. Zostały mi wysłane ostrzeżenia zawierające numer telefonu zaufania, a potem system skasował moje konto, chcąc ograniczyć rozsiewanie po Tumblrze treści pro-ana.

Gratulacje dla twórców, bo ich algorytm był w pierwszy w kolejności osób (czy algorytm jest osobą?) które zauważyły, że choruję. Tak, był szybszy od psychiatry. A co ówczesna Agu wrzucała na Tumblra?

„Dziennik dietetyczny, dzień X (może wstyd publicznego przyznania się do tego, co spłynęło przez mój przełyk sprawi, że będę jeść zdrowiej).

→ mała miska twarożku z pokrojoną w kostkę czerwoną papryką i ogórkiem (klasyczne śniadanie w moim domu.)

→ kromka domowego chleba żytniego (mmm, domowy chleb. […]… nieważne .)

→ jedna parówka z kurczaka (nie lubię ich, ale ostatnio odkryłam, że próba dokończenia chociaż jednej zniechęca mnie do salami i podobnych, tłustych rzeczy).[…]

→ garść Cheetos o smaku sera (Jezu, to była batalia. Ledwo zdążyłam powstrzymać się od kradzieży całej miski i przeżuwania tłustej heroiny w ciemnym kącie pokoju dla personelu). [..]

→ kawałek tortu urodzinowego w kształcie Dzwoneczka, wielkości mojej pięści, pełnego wiśni i kremowej, czekoladowej dobroci / zła (re: stół z przekąskami w moim miejscu pracy i monstrualny rozmiar tortów urodzinowych „mojej” grupy maluchów [pracowałam wtedy w sali zabaw, w której urządzano urodziny dla przedszkolaków], nigdy nie udaje im się zjeść całości, cholera)

→ soczek jabłkowy (skradziony z roboczej szafki z zapasami, mea culpa. Liczę to jako jedzenie, ponieważ zdecydowanie jest zbyt słodki, aby być postrzeganym jak nieszkodliwy napój. Nie wymieniam w dzienniku moich różnych naparów ziołowych, ponieważ używam nierafinowanego cukru, i to umiarkowanie).

→ duża miska sałatki: biała kapusta, marchew, cebula i sos majonezowy (wykopane z ciemnych, zapomnianych głębi mojej lodówki. Prawdopodobnie resztki obiadu.)

→ jeden korniszon (ponieważ próbowałem oderwać się od myśli o mozzarelli).

→ cała kula mozzarelli (nie mogłem się powstrzymać).

Waga bez odzieży: 76 kg / 167,5 funtów. Uuf.

Dziś jestem dobre kilka lat po ostatnim epizodzie chorobowym, i chociaż radzę sobie na co dzień i nie wpadłam od bardzo dawna nawet w jednodniowy post, to pojawia się na moim horyzoncie nowy problem – strach przed chudnięciem.

Znalazłam się w dziwnym miejscu mojej podróży z wagą, kiedy nie podoba mi się kształt mojego ciała – a konkretnie gdzie tej wagi przybywa – ale jednocześnie nie chcę utyć i boję się schudnąć. Przez całe moje dotychczasowe życie jedyny moment w którym chudłam, zamiast mniej lub wolniej przybierać na wadze, to był epizod chorobowy. Nigdy poza tym nie udało mi się z sukcesem stracić ani pół kilograma bez skakania od razu do ekstremalnych praktyk typu żywienie się wodą i jabłkami Granny Smith albo kilkudniowe posty o wodzie. Bez chleba. Albo półtora litra soku marchewkowego jako śniadanie, obiad i kolacja.

Co mam więc zrobić w sytuacji, gdy chciałabym zrzucić kilogramy zjedzone w trakcie prób podniesienia sobie poziomu dopaminy w stresowych sytuacjach?

Nie wiem, nie mam pojęcia.

Świat niestety nie bardzo jeszcze ogarnia zagadnienie strachu przed schudnięciem, bo paradygmat kulturowy robi z chudnięcia synonim sukcesu, osiągnięcia godnego pochwał. Ciężko jest być traktowaną serio, gdy mówisz „boję się dobrze zarabiać” albo „boję się mieć kochające mnie rodzeństwo”, nawet jeśli po dłuższym zastanowieniu można spokojnie wskazać sytuacje, w których obydwa te stwierdzenia mają głęboki sens.

Wiszę więc gdzieś pomiędzy „chciałabym jeść zdrowiej” a „jedzenie zdrowiej powoduje chudnięcie” jak również „ale jedzenie szajsu spowoduje że umrę na raka po pięćdziesiątce” oraz „czy bardziej boję się śmierci czy utycia”, nie zapominając także o „ale jak nie zmienię nawyków to będę tylko tyć dalej i doprowadzę się znowu do dysmorfofobii”. Dysmorfofobia, dla tych którzy nie spotkali się z tym terminem, to to zaburzenie polegające na zaabsorbowaniu niestosownie do stanu faktycznego „wadami” ciała, prawdziwymi lub wyobrażonymi.

To zainteresowanie swoimi „wadami” przybiera taką skalę, że można mieć problem ze snem, z koncentracją na czymkolwiek innym, zanik apetytu i wiele innych smutnych rzeczy. W moim przypadku od progu mniej więcej 75 kg wagi zaczynają się objawy dysmorfofobii, które skutecznie ukróciłam w pewnym momencie pozbywając się z domu wagi raz na zawsze. Jeśli nie wiem, ile ważę, to się tym obsesyjnie nie katuję.

Niestety odkryłam, że brak świadomości ile ważę to jedno, a kształt ciała to drugie. Jest szereg rzeczy, które mi w moim ciele nie przeszkadzają, a czasem nawet je lubię, mimo że mainstream uważa ja za defekty. Mam rozstępy, cellulit, pajączki, wielki nochal (pamiątka genetyczna po przodkach z Góry Kalwarii), jedną nóżkę bardziej i jedną stópkę bardziej, a biust mi opada z wiekiem. No i dobra, wszystkie te rzeczy są dla mnie normalnym elementem rzeczywistości, w której funkcjonuję.

Jedyne, co mnie doprowadza do rozpaczy momentami, to mój brzuch, który nigdy nie był płaski, ale teraz jest wybitnie niepłaski. Jest do tego stopnia niepłaski, że zaczynam rozumieć, czemu osoby plus size nie lubią niskich majtek. Czy niepłaski brzuch jest obiektywnie gorszy niż pajączki na twarzy albo rozstępy?

Nie.

Ale mój mózg postanowił właśnie ten element mojej cielesności uznać za powód do syreny alarmowej UWAGA COŚ SIĘ DZIEJE ZAJMIJ SIĘ TYM która drze się 24/7 i nie pozwala spokojnie patrzeć w lustro. No i niewątpliwie rosnąca objętość tłuszczu trzewnego to powód do zainteresowania się sprawą, ale wiem też, że skala tego rośnięcia jest dalece mniejsza, niż stopień mojego nim chorobliwego zaabsorbowania.

Do tego dochodzi też dość absurdalna sprawa, którą do pewnego stopnia sama sobie na ramiona położyłam – z racji prowadzenia blogaska moje cycki to w pewnym sensie moje narzędzie pracy. Czy będę w stanie nadal robić to co robię, jeśli schudnę? Fizjologia (i moje doświadczenia z chudnięciem) niestety mówi, że biust poleci pierwszy.

Nie jestem pewna, jak zadbać o swoje zdrowie cielesne bez poświęcania zdrowia psychicznego.

Póki co podejmuję małe próby tu i ówdzie z pomocą przyjaciółki zmagającej się ze spokrewnionym problemem, i wspólne rozkładamy sprawy na czynniki pierwsze. Nie jest więc tak, że brnę do przodu bez planu i przemyśleń, co z tym fantem zrobić. Korzystam też oczywiście z wiedzy pozyskanej na studiach, bo jak wiadomo szewc bez butów chodzi i psycholodzy to najgorsi możliwi pacjenci psychiatryczni. Chciałabym jednak puścić w eter fakt, że owszem, można bać się schudnąć.

Jestem Agata i boję się schudnąć, i nie ma w tym nic złego że Ty też się boisz – jeśli się boisz. Ludzka psychika robi dziwne rzeczy. Zanim ktoś się na mnie rzuci; nie, nie mam na myśli tego, że jest to naturalny i zdrowy stan. Mam na myśli, że masz prawo się tak czuć i nie jesteś dziwolągiem. Cokolwiek mózg wyprodukował na pewno wcześniej zaistniało.

Ciałopozytywność to także akceptacja postaw wobec swojego ciała. Moja postawa w tym momencie sprowadza się do „jeszcze nie wiem, jak o Ciebie zadbać, ale to wymyślę”.

Skomentuj