Rusz dupą a nie głową, czyli o tym, co to jest slutshaming

Kilka miesięcy temu miałam przyjemność zamienić kilka zdań z panem, który określiwszy się jako nasz stały czytelnik poczuł się w obowiązku napomnieć nas niczym konferencja Episkopatu Polski Stolicę Apostolską, i wysnuł w związku z tym kilka ciekawych spostrzeżeń, które zrobiły mi nie jeden, a dwa dni.

Niestety, miły pan Andrzej (który jeszcze kiedyś raczył polecić mi ogolenie włosów łonowych na Instagramie bodaj), nie jest jeden jedyny. Jak pisałam już w innym poście, rebeliantów wobec przyzwoitości i pewnej kindersztuby jest wielu, bo cosplay opozycjonisty wobec statusu quo internetów jest bardzo pociągający i nic nie kosztuje. Platformy, na których działamy, też nie ułatwiają sytuacji, bo wystarczy, że ktoś nas zgłosi jako źródło treści pornograficznych, i możemy mieć spory problem.

Pisałyśmy już o fatszejmingu, pisałyśmy o autocenzurze, jaką na siebie nakładamy, pisałyśmy, po co nam bodypositivity – ale nigdy nie podjęłyśmy tak naprawdę porządnie tematu slutshamingu. Czas chyba nadszedł, żeby to w końcu zrobić.

Co to jest slutshaming? Jest to próba użycia cudzej seksualności (zazwyczaj kobiecej), ażeby właściciela poniżyć, wpędzić w poczucie wstydu, i tym samym skontrolować. Dla przykładu – jeśli Ania zrywa z chłopakiem i tydzień później poznaje miłość życia, z którą natychmiast konsumuje związek, to zawsze znajdzie się ktoś, kto nazwie ją “łatwą” i ostrzeże, że “facet nie będzie jej szanował skoro mu od razu dała”. Ten ktoś ma w dupie dobro Ani, ale za to nie ma w dupie normy społecznej, w imię której kobiety powinny traktować seks jako zasób, którym można obdzielać konkretne osoby ażeby coś uzyskać (spełnienie emocjonalne, dziecko, pracę), a mężczyźni jako hobby i frajdę na czas wolny.

To bardzo szkodliwe zjawisko, które niestety ma spore implikacje w życiu prawie każdej kobiety, jaką w życiu spotkacie. Slutshaming powoduje, że kobieta pozornie jest stawiana na piedestale – trzeba się o nią starać, zdobywać niczym księżniczkę na wieży z bajki, czarować, kusić, uwodzić – ale niech tylko spróbuje zejść z tej wieży, powiedzieć “ej koleś, darujmy sobie te rytuały, nie mam na nie ochoty”, natychmiast otwiera się zapadnia, a pod nią czeluść, do której wpadają kobiety łatwe, dziwki, i każda, która nie chce i nie ma potrzeby żyć według wzoru “poczekam, aż ktoś się po mnie schyli”. W dużym skrócie sprowadza to społeczeństwo do bycia wielkim supermarketem, w którym strofuje się towary za to, że zamiast czekać na sklepowej półce na konsumenta złażą z niej same i samodzielnie szukają sobie nabywcy, albo odmawiają bycia sprzedanymi. Czujecie to? Jesteście puszką fasolki na sklepowej półce. Kto to widział, żeby fasolka sama się staczała i żądała nabycia?

Pamiętam dyskusję, którą odbywałam z moją mamą a propos wchodzenia w związki. Miałam wtedy maks 15 lat, nie więcej, ale z całą pewnością był to okres buntu i naporu, więc nie krygowałam się z określeniami i językiem, toteż na stwierdzenie “to kobiety wybierają, z kim chcą żyć” odpowiedziałam z prostotą “mamo, to bullshit, przecież to faceci nas wybierają”. Spowodowało to szok i zgorszenie w oczach rodzicielki, ale było to całkowicie zgodne z moim ówczesnym doświadczeniem życiowym: dziewczynki w szkole były taksowane spojrzeniem męskim i dzielone na – cytuję – ruchable i nie ruchable (czyli nadające się do seksu i nienadające się do seksu). Do pierwszej kategorii wpadały te, które miały długie włosy, nosiły podkreślające kształty ubrania, jakieś chociażby zaczątki biustu, i nie podrywały same nikogo. Do drugiej kategorii wpadała cała reszta, w tym niżej podpisana, której do szkoły zdarzało się przyjść w skórzanych spodniach i wełnianym, norweskim sweterku w kaczuszki naraz. Do tego włosy obcięte na Justina Biebera, brak biustu i wygłaszane bez skrępowania komentarze w stylu “a nie możesz pierwsza się do niego odezwać?”.

Byłam na straconej pozycji, nie miałam absolutnie nic do powiedzenia w kwestii tego, czy i kiedy jestem zainteresowana romansowaniem – i z biegiem czasu, będąc już niestety dorosła, zdałam sobie sprawę, że siłą rzeczy nie mogło być tak, że przez 100% populacji szkolnej byłam uznawana za brzydulę dyżurną. Z całą pewnością gdzieś w tej masie były osoby, którym imponowała moja wiedza i woleli krótko obcięte włosy niż loki do pasa, ale ginęli w standardzie narzuconym przez większość, która z kolei ten model wyniosła z domu. Kobieta ma być klasycznie ładna i czekać na zainteresowanie, a jeśli nie – ma zostać skarcona i ustawiona do pionu.

W związku z tym nauczyłam się dosyć szybko od kolegów szkolnych i mniej lub bardziej przytakującym temu przez brak reakcji gronu pedagogicznemu, że kobieta musi być pięciogwiazdkową pięknością (ale urodzić się nią, bo makijaż jest fe – chyba, że go nie ma, bo wtedy jesteś zaniedbana), mądrą (ale jeśli jest naga, to nie jest mądra, choćby miała dyplom Harvardu), i kuszącą (ale pasywnie, bo aktywne kuszenie jest dla kurew), ambitną (ale nie za bardzo, żeby nie wykastrować faceta, przecież on się musi czuć jak mężczyzna) – a jak już to wszystko będzie miała, to jeszcze musi sobie dorobić skórę ze stali, żeby przeżyć oskarżenia, że osiągnęła to przez łóżko albo dzięki tatusiowi.

Idąc z tym doświadczeniem na studia zetknęłam się z kompletnie innym środowiskiem – głośnych, dorosłych kobiet, które gdzieś miały model “czekający” i same podrywały, same podchodziły do facetów, strzelały sobie focie w bikini, kupowały rzeczy, które postrzegałam jako “ciuchy do seksu” (czyli to, co teraz widać u nas na insta 😉 ). Byłam ciężko zszokowana. Nikt ich nie wyzywał, nikt nie krytykował, ba; większość naszych znajomych płci męskiej traktowała je jak swoich kumpli, czyli po prostu jak … ludzi. Szczękę zbierałam długi czas (część tego czasu spędziłam chodząc za pewnym gościem, pewna, że jak dostatecznie długo będę chodzić i się ładnie ubierać, to on mnie w końcu “wybierze” – biedny jegomość nie miał pojęcia, że ja w ogóle czegoś chcę, bo i skąd, skoro czekałam grzecznie, aż on mi da zielone światło na wyrażenie jakichkolwiek zamiarów i chęci), a potem doszłam do wniosku, że czekanie jest… durne.

Nikt nie odda mi czasu spędzonego na czekanie, aż ktoś mnie zauważy i zaoferuje ewentualną chęć bliższego poznania. A jednak z jakiegoś powodu część męskiego świata (piszę “część” z najwyższym wysiłkiem, bo jestem zdecydowanie zwolenniczką #MenAreTrash) uważa, że powinnam czekać. Ot tak, żeby mieli większy wybór, bo ich moja energia i poczucie samodzielności peszy, przeszkadza, uwiera, czy jakkolwiek chcą to uzasadnić. A ja odmawiam czekania. Odmawiam marnowania życia na czekanie, aż ktoś inny da mi zielone światło na robienie czegoś, co po prostu mam ochotę zrobić, a nie krzywdzi nikogo.

Przewijamy tą historię do 2019, jest kilka lat później po tym odkryciu, i kilkaset slutshamingowych historii, z czego kilka najciekawszych (i niestety osobistych) wartych jest podzielenia się. Bardzo serdecznie proszę o pamięć, że część tego, co poniżej, to cytaty.

  1. Profil założony na instagramie tylko w celu komentowania naszych zdjęć i przypominania nam, że “jesteśmy gorsze od kurew, bo one przynajmniej biorą za to (co?) pieniądze”, a my wrzucamy zdjęcia za darmo – z tym ‘za darmo’ to bym się kłóciła, bo ten blog nie jest non-profit, ale po co lać wodę na cudzy młyn.
  2. Ciągłe pytania “a Twój facet wie?”, “a Twój ojciec wie?”, kiedy mówię, czym się zajmuję – gdyż jak wiadomo bez zgody właściciela nie mogę zrobić nic ani podejmować żadnych decyzji odnośnie tego, co robię ze swoim ciałem.
  3. Wrzucanie moich zdjęć na beka grupy, na których całe moje ciało jest poddawane szczegółowej analizie, z konkluzją, że nie wyrucha mnie nawet desperat, ewentualnie że działam jak brom – podziwiam zawsze dobre samopoczucie osób, które uważają, że ich ocena wizualna mojej cielesności jest dla mnie w jakiś sposób istotna.
  4. Komentarz odnośnie mojego życia uczuciowego: “Ty już się dość naruchałaś” po odkryciu, że miałam w życiu więcej niż jednego partnera – gdyż, jak wiemy, ustawowo kobieta może mieć maks jednego kochanka przez całe życie.
  5. “Jakbyś miała prawdziwą pracę, to byś nie wrzucała takich fot, atencyjna kurwo” – to było poprzedzone informacją, że na pewno pracuję na kasie. Pozdrawiam serdecznie i przytulam wszystkie kasjerki, które słyszą, że ich praca jest nielegitna albo że to “nie praca”.
  6. “I po co tak epatować? Mężczyźni nie chcą potem takich kobiet.” – no i bardzo dobrze, zawsze zostaje mi te drugie 50% populacji, które w większości nie wygłasza takich mądrości, za to pyta, gdzie coś kupiłam i czy jest ich rozmiar.
  7. “Twoje dzieci będą miały ciężkie życie, bo będą się z nich śmiali w szkole” – tak, to zdecydowanie do mnie należy pilnowanie, czy opiekunowie innych dzieci wkładają minimum wysiłku w ich wychowanie.

I na koniec – slutshaming w wykonaniu kobiet. Znacie takie powiedzenie, że nikt tak nie dokopie kobiecie, jak inna kobieta? Prawda. Tylko że to nie wynika z naszej natury, tylko ze zinternalizowanej mizoginii i syndromu NLOG (“Not Like Other Girls”). Kiedy dziewczynki wychowuje się w poczuciu, że na faceta zasłużą sobie postępowaniem w bardzo konkretny sposób, i że męska aprobata to miernik ich wartości (patrz moje historie szkolne) bardzo łatwo jest wpaść w sytuację, w której żebrze się o tą wyżej wspomnianą aprobatę zwracając uwagę, że nie jest się jedną z masy (przynajmniej teoretycznie) głupich Barbie z dziubkiem. Kojarzycie memy z dwoma zdjęciami – na jednym dziewczyna w czymś wyzywającym typu odzież klubowa na drugim laska w moro z karabinem, na motorze, tatuatorka, lekarka? I dopisek “Inne dziewczyny” vs “Ja”? To jest bycie NLOGiem. To jest sygnalizowanie “jestem inna niż te idiotki, bo wszystkie kobiety to w jakimś stopniu idiotki, ja jestem inna, ja nie wabię ciałem, ja się nie rozbieram wybierz mnie, wybierz mnie”. To nie jest akceptacja, że każda z nas jest inna, i że nauka makijażu artystycznego jest tak samo neutralna moralnie jak wykładanie fizyki kwantowej. To nie jest siostrzeństwo i wskazywanie różnic. To jest cicha, mizoginistyczna krytyka kobiet, które zajmują się stereotypowo żeńskimi rzeczami… bo to co żeńskie jest głupie. Niższe. Prostsze. Nie bez powodu zawody feminizujące się tracą na prestiżu (nauczycielstwo na przykład jest tego sztandarowym przykładem). To wołanie o bycie zauważoną w tłumie.

Nie róbmy sobie tego nawzajem. Serio. Nie warto. Wystarczy, że robi nam to 3/4 ludzkości.

Related Posts

by
Aga to leniwa buła, której nie chce się kupić kotletów do wyrównywania asymetrii biustu, wielbicielka staników niezwykłch i szperaczka okazyjna. Z wykształcenia (już zaraz prawie) neuropsycholog kliniczny, co nie lubi NFZtu, z zawodu copywriter i social media specialist. 65F / 70E UK, 65G PL
Previous Post Next Post
0 shares