„Czemu” to najniebezpieczniejsze pytanie świata

Mózg ludzki bardzo różne sprawy zapamiętuje z dokładnością filmową, a w jaki sposób je dobiera jest czasami przedziwne. Jest jednak pewien moment, który absolutnie wiem, z jakiego powodu został zapamiętany; zmienił mnie z osoby nienawidzącej grubych w zarodek sojuszniczki.

Był rok 2011, mniej więcej połowa sierpnia. Siedziałam znudzona w redakcji, w której robiłam staż, i przeglądałam internet w poszukiwaniu czegokolwiek interesującego. Natknęłam się na zdjęcie grubej dziewczyny w odsłaniającej brzuch koszulce typu crop top, i zalała mnie fala autentycznej złości i niesmaku. Czułam się tak zła, jak czuje się dziecko, które odkryło, że ktoś mu zabrał cukierka. Dlaczego tłusty, brzydki Jabba the Hutt nosi ciuchy, do których ja mogę tylko westchnąć?

„Skoro ja nie mogę nosić crop topów, to ona tym bardziej nie może!”

Rozumiecie? Grubaska nastaje na przydzielony mi i jej zestaw zasad. Przykaz jest jasny: żadnych crop topów, jeśli nie masz idealnie płaskiego brzucha, albo kęsim kęsim. Jakim prawem, stojąc niżej ode mnie na drabinie akceptowalnych ciał, robi to, co wolno dziewczynom stojącym nade mną?

Dzięki opatrzności mój napompowany nastoletnimi jeszcze hormonami mózg rebeliantki i osoby kontestującej wszystko, od podatków po feminizm, zadał mi pytanie: „ale w zasadzie CZEMU nie możesz założyć crop topu?”. Postanowiłam sama ze sobą przeprowadzić ćwiczenie mentalne, zastanawiając się, dokąd mnie zaprowadzi. Po latach jestem bardzo wdzięczna Tacie, który nauczył mnie zadawać samej sobie pytanie „czemu” do skutku.

Czemu nie mogę założyć crop topu? Bo będzie mi widać brzuch.

Czemu to źle, że będzie mi widać brzuch? Bo nie jest płaski.

Czemu to źle, że nie jest płaski? Bo inni będą się z tego śmiać lub to komentować.

Czyli, de facto… inni będą robić mi dokładnie to, co ja robię innym. Nagle okazało się, że wycyzelowane ramy postępowania, w których miałam wrażenie że tkwię, były jak patyczek wtykany pieczołowicie w koło własnego rowerka. Agu wsiadała na rowerek, wsadzała patyk w szprychy, przewracała się, marudziła czemu inne kobiety są dla innych najgorsze, bo nikt nas tak nie zgnoi, po czym powtarzała całą operację. I tak w kółko. Pomnóżmy Agu przez 15 milionów kobiet i mamy sprawnie trzymające się nawzajem w szachu społeczeństwo, które uważnie patrzą, czy któraś nie łamie reguł. Łamie? No to jest atencjuszką, nie szanuje się, jest waleniem, wielorybem, trollicą. Jak mówiła Toni Morrison,

„Jeśli możesz być wysoki tylko dlatego, że ktoś inny klęka, to masz ze sobą poważny problem.”

Ba, byłam tą dziewczyną, która mówiła, że woli towarzystwo facetów, bo nie gadają o głupotach. O jakich głupotach? O modzie, o makijażach, o filmach. Czy mi to coś dało? Niewiele, poza tym że wspierałam dzielnie przekonanie, że stereotypowo damskie zainteresowania są głupie. Panowie nadal nie ustawiali się do mnie w kolejce, za to byli wobec mnie nadal seksistowscy – tylko w inny sposób, niż wobec moich koleżanek z czerwonymi ustami. Miałam ten sławetny dystans, który powodował, że przy mnie panowi nie bali się sadzić żartów, za które dziś zarobiliby opieprz.

Siedziałam więc, kminiąc intensywnie. Co mi te zasady dają, poza tym, że mogę mniej, a frustruje mnie więcej? Chyba nic.

Więc w zasadzie czemu nie dołączyć do grubaski i nie zacząć nosić crop topów?

Żeby było jasne: nadal nie noszę ciuchów odsłaniających brzuch. Ale teraz wynika to z mojego osobistego wyboru, a nie z tego, że ktoś tak wybrał za mnie. To spora różnica, nie robić czegoś bo nie chcę, a nie robić czegoś bo nie mogę.

Przejście z bycia fatszejmerką do bycia osobą bodypositive to bolesna jak poród zmiana, bo wymaga weryfikacji, które z naszych poglądów są naprawdę nasze, a które dostaliśmy jak ulotkę telewizji kablowej do skrzynki. Czy naprawdę uważam, że kobiety szczują cycem? Czy naprawdę uważam, że grube nie powinny chodzić w mini? Czy naprawdę uważam, że trądzik to powód do rezygnacji z makijażu?

Nagle okazało się że całe życie na wiarę przyjmowałam takie prawdy objawione jak to, że grubi są brzydcy z definicji, i że ładne ciuchy powinny być dla nich zachętą do schudnięcia. Nagle okazało się, że wyśmiewanie się z innych osób nie sprawia, że mnie ktokolwiek lubi czy szanuje bardziej. Moja paczka z męską aprobatą zarobioną mówieniem, że moje sypiające z kilkoma facetami albo noszące dżinsy biodrówki ze stringami na wierzchu koleżanki się nie szanują, nigdy nie dojechała.

Na tym się jednak nie kończy, bo trzeba jeszcze przyznać przed sobą, że się nie jest bez grzechu. Tak, ja też byłam częścią kultury fatszejmingu, seksizmu, gwałtu. Ja też się do tego walnie dokładałam. Tego kroku cała masa osób przejść nie chce.

Czekało mnie jeszcze sporo nauki (np. że mówienie „grubaska” o grubych kobietach to średni pomysł), część z której mogłyście obserwować na blogasku. Rósł razem ze mną, i na szczęście wyrosłam również razem z nich z sądów typu „niech sobie będą grube, ale wara im od modelingu”.

Status quo jest puszysty i przyjemny. Brak refleksji nad tym, czemu uważam to co uważam sprawia, że odpada wysiłek myślenia. Łatwo jest powiedzieć sobie, że muszę coś zrobić, dużo łatwiej niż zastanowić się czemu muszę coś zrobić. Zwalnia mnie to z rozwoju.

I dotyczy to wszystkich aspektów życia, zwłaszcza życia jako kobieta lub osoba identyfikująca się z tym krańcem spektrum płci.

Potrzebujecie innego przykładu?

Bardzo łatwo i prosto jest powiedzieć „wszyscy mężczyźni zdradzają”, gdy partner dokona zdrady. Dużo trudniej jest zadać pytanie „czemu ludzie zdradzają?”, albo nawet „czy to w jaki sposób funkcjonowałam tej relacji mógł mieć na to wpływ?”. Prosto jest uznać, że mężczyzna to nieskomplikowana hybryda otworu gębowego z penisem, trudniej jest zadać sobie pytanie, czemu ich masowo dehumanizujemy – dokładnie tak samo, jak dehumanizuje się kobiety. Mężczyzna nie umie się powstrzymać, gdy się podnieci. Mężczyzna nigdy nie widzi w szafce rzeczy, których szuka. Mężczyzna – ojciec to albo posąg, albo materiał na komedię. Mężczyzna jest psychicznie niezdolny do pamiętania o opuszczaniu deski. Mężczyzna bez listy zakupów to dziecko we mgle. Mężczyzna nie umie się ubrać bez pomocy żony.

A kobieta? Kobieta przyjmuje to wszystko, bo to daje łatwą receptę na funkcjonowanie: zaopiekować się jak dzieckiem, nakarmić, zaspokoić seksualnie, czekać na efekty. A efekty przychodzą, tylko nie takie, jakich oczekujemy. Nasz partner nie jest współdzielącym nasze życie przyjacielem, tylko gościem we własnym domu, mentalnie i fizycznie. Nie oczekujemy od niego, nie wymagamy, każdy objaw samodzielności traktujemy jak wyraz tego, że jest lepszy niż reszta. Stopniowo, stopniowo formujemy z naszego partnera typa z dowcipów, który nie umie ugotować wody na herbatę, bo mu ręce odpadną. A potem klepiemy się wzajemnie po plecach, kiwając głową, że mamusia miała rację, oni wszyscy tacy są. Nic to, że mamusia, babcia, wszystkie jego poprzednie dziewczyny i koleżanki wyjmowały mu wszystko z rąk przekonując, że „one się zajmą”.

Wiem, bo dokładnie tak robiłam. I byłam szczerze zdziwiona, czemu to nie działa.

Nie mam tu na myśli, że jesteśmy winne temu, co robią nasi partnerzy. Mam na myśli to, że wpadamy w pętlę autopotwierdzania własnych przekonań. Śmieję się z grubych ludzi, bo bycie grubym jest śmieszne, bo inni się śmieją (a ja jestem częścią tych „innych”). Mężczyźni są niezdolni do bycia samodzielnymi, więc będę ich traktować jak dzieci do stopnia, w którym nie wiedzą, gdzie w domu stoi Domestos (a potem będę miała pretensje, że nie wiedzą).

Społeczeństwo, które nas wychowuje, to 50% naszych problemów. Drugie 50% to nasza chęć do zmian i autorefleksji.

Dziś jestem roszczeniowa.

Pytanie „czemu” spowodowało w moim życiu rewolucję, która sprawia, że siebie sprzed niej pamiętam jak postać z książki. Pytanie „czemu facet nie może kupić mi tamponów?’ spowodowało, że od 5 lat jestem w związku, w którym nagle tampony przestały powodować przepalanie męskich palców – wszyscy panowie, którzy na to pytanie reagowali głębokim wstrząsem, odpadali po prostu. Pytanie „czemu to ja nie mogę zaprosić faceta na randkę?” sprawiło, że poznałam miłość życia, zamiast stać na półce jak puszka fasolki i czekać, aż ktoś się po mnie schyli – jeśli któryś z panów czuł się takim postępowaniem wykastrowany, to nie był dla mnie. Pytanie „czemu nie mogę wyjść z nieogolonymi nogami?” zredukowało znacznie ilość zacięć na łydkach, i nie spadła na mnie kara boska. Pytanie „czemu pokazywanie się nago ma się równać brakowi szacunku do siebie?” zaowocowało blogaskiem, moją największą życiową pasją (i pracą). Czemu, czemu, czemu – do oporu, dopóki nie trafiam na odpowiedź świadczącą o tym, że mogę sobie daną zasadę wyrzucić do śmieci.

I to się w niektórych kręgach nazywa postawą roszczeniową. Ma wszystko czego potrzebuje, a chce jeszcze cudów na patyku w stylu szacunku do swoich niekrzywdzących nikogo wyborów, patrzcie ją.

No i dobra. I tej roszczeniowości Wam cieplutko życzę.

Refleksja na dziś: jeśli nie macie siły na bycie aktywist(k)ami, malowanie na murach, chodzenie na manify i inne takie, to po prostu załóżcie sobie od dzisiaj, że będzie bezwstydni / bezwstydne .

Absolutnie jednym z najlepszych celów życiowych, jakie możecie sobie założyć jest bezwstyd.

Rozumiem przez to nierobienie rzeczy, za które powinno się wstydzić (działanie na szkodę drugiego człowieka), i brak wstydu za rzeczy, które nikogo nie krzywdzą (orientacja, preferencje relacyjne, decyzje reprodukcyjne, zdrowie psychiczne itd). Gdy nie można Cię zawstydzić nie ma nad Tobą kontroli, nie ma manipulacji. A jak zdecydować, które rzeczy nikogo nie krzywdzą? Zadawać pytanie „czemu”. W kółko i w kółko.

Bezwstyd to najbardziej radykalna i punkowa forma self-care. Oi! Oi! Oi!

Skomentuj