Okres mnie nie upadla, a moje ciało to nie porno; #EdukacjaSeksualna

Przeżywamy kolejną falę “kontrowersji” (bo umówmy się, koncept że ludzie powinni umieć ochronić się przed rzeżączką jest kontrowersyjny tylko przy bardzo dużej dozie dobrej woli) związanych z edukacją seksualną. Pozwolę sobie więc na małe… no dobra, nie takie znów małe exposé związane z tym, czemu całym sercem jestem za edukacją. Tak, wbrew pozorom to ma spory związek z tym, co robimy na Miskach.

Kąpiel w coli zapobiega ciąży. Ponoć.

Moje pierwsze zetknięcie z jakimikolwiek informacjami dotyczącymi mojego zdrowia intymnego nastąpiło na lekcjach przyrody, w 4. lub 5. klasie. W podręczniku były dwie ryciny: przekrój poprzeczny przez męski układ moczowo-płciowy i macica z jajnikami i pochwą. No wiecie – kozi łeb z jajkami na rogach. Cipki ani widu, ani słychu. Wszystkie dziewczynki w klasie zobaczyły, jak wygląda penis, ale ani one, ani chłopcy nie zobaczyły ani wejścia do pochwy, ani warg sromowych, ani łechtaczki, ani wzgórka łonowego. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek spytał, czemu widzimy zarówno wnętrze, jak i zewnętrzne organy męskie, a z kobiecych tylko część wewnętrzną.

Teraz wyobraźcie sobie śnieżący ekran telewizora, któremu ktoś urwał antenę. Tak wyglądała moja edukacja seksualna w latach uczęszczania do szkół zarówno publicznych jak i niepublicznych. W gimnazjum przelecieliśmy ciążę i zapłodnienie, w liceum bardzo zdawkowo ktoś wspomniał o HIV. Poza tym cisza. Wydawało mi się, że wszystko wiem, jestem przygotowana do tzw. życia w rodzinie (ta nazwa jest tak idiotyczna, że z ledwością przechodzi mi przez klawiaturę). Ba, byłam szczerze zdziwiona, że istnieje Ponton i inne fundacje zajmujące się edukacją seksualną, przecież wszystkiego już się dowiedziałam w podstawówce.

W tym momencie na Waszych twarzach zapewne wykwitają uśmiechy. Słusznie, byłam ciemna jak tabaka w rogu. Po pierwszym roku gimnazjum, kiedy wpadłam w środowisko dzieci – no umówmy się, nadal byliśmy dziećmi – z których jedno sypiało z 4 lata starszym gościem, i mimo że była to tajemnica poliszynela nikt nie interweniował, kolejne kilka lat musiałam się doedukować na własną rękę. Czułam, że muszę, bo trafiłam w całkowicie obcą dla siebie sytuację, a hasła takie jak ‘brandzlowanie’ brzmiały dla mnie jak nazwy chorób albo narzędzi kaletniczych. Edukowałam się zatem, często w źródłach, do których docierałam okrężną drogą – np. tego, że istnieją zespoły bólowe powiązane z aktywnością seksualną, dowiedziałam się z co chwila blokowanego kanału na YouTube. Nie z podręczników, nie od nauczycieli biologii czy przyrody, nawet nie od kogoś, kto mówił w moim języku. Treści, do których dotarłam, rozumiałam trzy po trzy, i tłumaczyłam sobie ze słownikiem języka angielskiego. Byłam nimi zadziwiona – nie były wulgarne, ale nie owijały też w bawełnę; ot, ktoś siedział i tonem spikera z wiadomości tłumaczył, co robić, jak okres boli tak, że się nie da wstać. I szczerze powiedziawszy gdyby nie one, prawdopodobnie zmagałabym się teraz ze sporymi problemami zdrowotnymi. A właściwie moje problemy zdrowotne byłyby większe niż są.

Gdyby nie moja wewnętrzna potrzeba dowiedzenia się, jak mam odnaleźć się w zwulgaryzowanym środowisku, i o czym mówią moi rówieśnicy, wyszłabym ze szkoły całkowicie bezbronna wobec świata. Gdyby ktoś miał pytania: dorastałam na warszawskim Ursynowie i chodziłam do szkół w Warszawie. W pierwszej połowie XXI w. głównie.

Internet robi to, za co płacimy ministrowi edukacji

To nie szkoła mi powiedziała, że moje miesiączki mogą wyłączać mnie z życia na kilka godzin lub kilka dni. To nie szkoła mi powiedziała, co to są granice, jak je sobie wyznaczyć i jak reagować na ich przekraczanie. To nie szkoła mi powiedziała, że wszystko poza ‘tak!’ oznacza ‘nie’. Tego wszystkiego nauczyli mnie ludzie z internetu, którzy nie wiedzą o moim istnieniu. I mogę tylko dziękować losowi, że trafiłam na takich youtuberów i blogerów, którzy chcieli mojego dobra, a nie wariatów z koncepcjami w stylu “jeśli uprawiasz seks przed ślubem jesteś jak guma do żucia, którą ktoś już żuł”. I dzięki drowi Andrzejowi Depko, który razem z Ewą Wanat pozwolił mi wejść na wyższy poziom ogarnięcia, kiedy odkryłam audycję Kochaj się Długo i Zdrowo, na łamach której zresztą dr Depko odradził mi pewną piramidalną głupotę.

Nie dziwię się, że mamy epidemię nastoletnich ciężarnych, jeśli przy okazji omawiania zapłodnienia nie ma możliwości, żeby spytać, czy plemniki można przenieść do pochwy także na palcach. Nie dziwię się, że podziemie aborcyjne kwitnie, jeśli na lekcjach biologii nie mówi się o tym, że miesiączka nie chroni przed ciążą. Internet aż puchnie od idiotycznych rad i kłamstw, których młody, niedoświadczony umysł nie odsieje od prawdy. Jak mamy być zdrowym społeczeństwem, skoro nasi najmłodsi o seksie uczą się z pornografii, bo nie mają często dostępu do żadnych innych materiałów?

To wszystko powoduje jeszcze jeden problem – pornografizacja kobiet. Najgorszą bowiem rzeczą, jaką zrobiła moja szkoła, był brak dbałości o to, żebym postrzegała swoje ciało jako po prostu ciało, które czasem wymaga opieki medycznej, a nie pornografię lub źródło problemów, z którymi powinnam poradzić sobie sama. Nie widziałam dorastając żadnych nagich kobiecych ciał, które nie byłyby pornografią. Nawet nie erotyką, ale pornografią, którą na przerwach pokazywali sobie moi koledzy ze szkoły na komputerach. Nie widziałam nikogo, kto tak jak jak ja był wyższy pod połowy chłopców, miał maleńki biust, i figurę szparaga. Widziałam tylko biuściaste, krągłe blondynki z ustami jak Mae West.

Czy kogokolwiek dziwi, że czułam się jak upośledzona fizycznie? I cytuję tutaj samą siebie z cirka 2005 r., która uważała siebie za wybryk natury, a nie za jeden z wariantów normy, jak było w rzeczywistości.

Rozbieranie się u lekarza, któremu musiałam się regularnie poddawać, było potwornie zawstydzające. Ponieważ jedyne nagie kobiety, jakie widziałam, były aktorkami porno, miałam proste skojarzenie – rozbieram się przed mężczyzną, więc on patrzy na mnie tak, jak moi koledzy ze szkoły na Jennę Jameson. Odzyskałam swoje ciało jako swoją własność i rzecz najbardziej osobistą dopiero na studiach, kiedy poznałam inne kobiety, które nie wstydziły się przy mnie rozbierać – czy to w szatni na wf, czy to na imprezie babskiej, kiedy przymierzałyśmy ciuchy.

Czy naprawdę musiałam przez ponad dekadę spotrzegać samą siebie tylko jako coś, na co istoty z penisami muszą patrzeć dla przyjemności? Czy naprawdę musiałam sobie zdać sprawę, że ktoś latami robił mi wielką krzywdę, werbalnie nękając mnie, dopiero jako osoba dorosła? Czy naprawdę musiałam mieć wrażenie, że jestem nienormalna, podczas gdy miałam ciało, za które bardzo wiele osób chciałoby zapłacić dużo pieniędzy u chirurga? Czy naprawdę musiałam zastanawiać się, co ze mną jest nie tak, że inni decydują się mieć w nosie moje ‘nie’?

Nie wydaje mi się.

Reasumując…

Edukacja seksualna jest potrzebna, żeby kobiety mogły zdecydować, czy to co z nimi się dzieje, to objaw choroby czy nie, czy potrzebują pomocy czy nie, i czy dzieje im się krzywda czy nie. Nie jesteśmy w stanie tego robić, kiedy nie wiemy, jaka jest norma. Nie jesteśmy w stanie poprosić o pomoc, jeśli wstydzimy się jej potrzebować. Nie jesteśmy w stanie obronić się przed zagrożeniem, którego nie widzimy.

Więc jeśli jestem w stanie pokazać komuś, jak wygląda pod ubraniem kobieta, w której figurę nie ingerował chirurg, to będę to robić. Jeśli mogę powiedzieć o tym, co mnie spotykało w kwestii mojego zdrowia psychicznego, to będę to robić. Jeśli mogę komuś opowiedzieć, że jego/jej preferencje są okej, to będę to robić. Jeśli mogę komuś pokazać, że partner nie musi decydować o tym, w co się ubierasz, to będę to robić. Chcę być jedną z tych osób, które mi pomogły, kiedy miałam naście lat.

Lepiej, żebym to ja była punktem odniesienia dla dorastającej dziewczyny, którą zawodzi system edukacji, niż influencerki reklamujące tabletki na odchudzanie i panie twierdzące, że żeby się szanować musisz odmawiać sobie czegoś, co nikogo nie krzywdzi, a chłopcy mający świadomość czym jest tampon i do czego służy są symptomem patologii, a nie normalności.

Peace. (A na zdjęciu głównym jest jedno z pierwszych zdjęć bez makijażu, jakie wrzuciłam do internetu. Dopuszczenie takiej koncepcji też zajęło mi lata.)

Related Posts

by
Aga to leniwa buła, której nie chce się kupić kotletów do wyrównywania asymetrii biustu, wielbicielka staników niezwykłch i szperaczka okazyjna. Z wykształcenia psycholog kliniczny, co nie lubi NFZtu, z zawodu copywriter i marketingowiec, jak 99% absolwentów psychologii. 65F / 70E UK, 65G PL
Previous Post Next Post
0 shares