Dorastałam w gorsecie i dlatego musimy zamordować słowo „tabu”

Przez 2 i pół roku nosiłam gorset. Nie, nie taki koronkowy, seksowny gorset z miseczkami, jaki noszą artystki burleski czy usztywniany fiszbinami wielorybimi, zwężający talię gorset, jaki mają na sobie damy na wiktoriańskich zdjęciach.

Nosiłam gorset ortopedyczny, który został wyprodukowany z bardzo grubego plastiku. Mój gorset miał wycięte dziury tam, gdzie ciało powinno móc swobodnie wyjść, i wklejone peloty (poduszki z pianki) tam, gdzie za bardzo się wypychało. Plastik sięgał mi z przodu od połowy ud do barków, i zakrywał jakieś 75% mojego korpusu. Celem tego całego ustrojstwa była poprawa stanu mojego powyginanego kręgosłupa. I tak, jest to legitna metoda terapeutyczna, którą od dziesiątków lat stosuje się w celu pomocy młodym pacjentom ze skoliozami.

Wspominam te 2 lata z groszami jako najbardziej makabryczne doświadczenie swojego życia.

Nie mam żadnego zdjęcia z tego okresu, które zostało zrobione za moją zgodą ani do którego świadomie bym pozowała. Przez ponad 2 miesiące chodziłam do szkoły w jednym polarze, jednej parze spodni i jednej koszulce, bo to były wszystkie ubrania, jakie miałam i mogłam założyć bez ryzyka, że gorset pod nich wyjrzy. Zaraz, powiecie – a czemu miałabyś się wstydzić tego, że masz na sobie sprzęt rehabilitacyjny?

Jedyne zdjęcie moich pleców w gorsecie (zrobione, nawiasem mówiąc, całkowicie bez mojej zgody przez nauczyciela). Widać wyraźnie, gdzie się kończył brzeg płyty na plecach.

Jeśli masz wielką plastikową płytę przytwierdzoną do pleców i brzucha, to okrutne, nierozumiejące co robią dzieci (czytaj: nastolatki w gimnazjum) ze szkoły stukają w nią i pytają, czemu nosisz książki pod koszulką. Rozwiązują Ci buty, bo wiedzą, że nie możesz się schylić, żeby je zawiązać. Nie podnoszą Ci plecaka, jeśli upadł, a prosisz o pomoc. Siedzenie jest cholernie niewygodne, bo brzeg gorsetu wbija się w uda, które akurat zaczynają nabierać kobiecych kształtów. Biust lata luzem, bo nie możesz włożyć pod gorset stanika, który by piersi utrzymał – kolejny powód do śmiechów, hehheheh, cycki jej widać. Pocisz się przy najmniejszym wysiłku fizycznym, przejście na przystanek autobusowy powoduje, że wilgoć spływa Ci po plecach prosto do majtek. Spanie przypominało kosmiczny żart, bo jeśli spałam na plecach budziłam się z odparzoną skórą, a jeśli na brzuchu, to musiałam układać się niemal w pozycji bocznej ustalonej, żeby móc swobodnie oddychać bez uderzania żebrami o brzeg wycięcia w plastiku. Do dziś tak śpię z przyzwyczajenia. Koszulka wkładana obowiązkowo pod gorset rolowała się i zwijała, a jeśli się zwinęła nie mogłam jej wyprostować bez zdjęcia gorsetu. Bawełniane t-shirty, nasączone potem jak gąbka, obcierały mi skórę do krwi, a syntetyczne, z mikrofibry, intensyfikowały pocenie. Gorset zdejmowałam jedynie na czas zajęć rehabilitacyjnych i do mycia się.

I tak ponad 900 dni.

Wiecie jednak, co się zdarzyło przez te ponad 900 dni? Nie moje organy się poprzesuwały na inne miejsca, tylko kręgosłup, nie zemdlałam ani razu, i nie schudłam.

Od gorsetów się nie chudnie ani organy się nie przemieszczają.

OD GORSETÓW SIĘ NIE CHUDNIE ANI ORGANY SIĘ NIE PRZEMIESZCZAJĄ.

OD GORSETÓW SIĘ NIE CHUDNIE ANI ORGANY SIĘ NIE PRZEMIESZCZAJĄ.

Gdyby tak było zobaczyłabym to na jednym z kilkunastu (a może i kilkudziesięciu) RTG, które miałam robione w gorsetach i bez nich, żeby monitorować postępy w terapii. I nie, brak stalowych fiszbin nie jest argumentem, bo gorset był obliczony na ściskanie tkanek – musiałam bardzo pilnować się, żeby z niego nie wytyć, bo NFZ przewidywał tylko określone kwoty refundacyjne. Moi rodzice na moje dwa gorsety Cheneau wydali ponad 6 tysięcy złotych, i to już z refundacją.

Opublikowany przez OrtoConcept Poniedziałek, 24 czerwca 2019

Za to pewność siebie u gorsetowanego dziecka spada jak kurs funta tuż po ogłoszeniu Brexitu. Czy gorset mi pomógł z kręgosłupem? Tak. Tylko jakie to miało znaczenie, gdy miałam 14 lat, a wokół mnie było stado śmiejących się dzieci.

Nigdy nie byłam specjalnie przekonanym o swojej urodzie dzieckiem ani nastolatką, ale gorset zrobił ze mnie osobę, która maskowała całą siebie pod nawałem dziwnych ubrań, póz i fryzur. Wszystko jest lepsze, niż bycie definiowaną przez pryzmat tego, że nosi się plastikowe chomąto.

Dziś wiem, że gdybym jako dorosła została podwieszona u sufitu na skórzanym pasie, obwiązana nasyconymi gipsem bandażami, wycięta nożycami ratowniczymi z zastygłego odlewu swojego ciała, z którego postem zrobi się sprzęt rehabilitacyjny, i postawiona przed wyborem – plastikowy gorset albo za kilka lat operacja – to pewnie opowiadałabym światu, jak to jest żyć w gorsecie. Bo wiem, że bycie ekspertem przez doświadczenie to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie można dać innym stojącym przed nieznaną sobie przyszłością. Wiem też, że ludzie dookoła mnie prześcigaliby się w próbach ułatwienia mi życia, nawet gdyby oznaczałoby to wiązanie za mnie butów, bo jestem otoczona rodziną z wyboru – przyjaciółmi. Dorosłymi ludźmi.

Jednak tamta czternastolatka z ledwo wykształconą osobowością i lękiem przed rzeczywistością nie miała żadnej osoby, z którą mogłaby się zidentyfikować ani która mogłaby ją zrozumieć. Internet nie miał jeszcze gorsetowanych influencerów, żeby można było ich zguglać i posłuchać, co mają do powiedzenia. Ba, influencer to nawet nie było jeszcze słowo, którym się rzucało na lewo i prawo. O pomocy rówieśniczej nie wspomnę, bo w tym wieku dzieci bywają bezrefleksyjnie okrutne, a ja trafiłam na wyjątkowo świadomie okrutne jednostki.

Efekty leczenia gorsetem „na żywo” – źródło: Skolioza.com, materiały dra n. med. Artura Boguckiego

Co chcę przez to powiedzieć?

Niech słowo tabu zginie. Mówmy o rzeczach, które sprawiają, że życie w swoim ciele jest trudne. O wyłonionej na brzuchu stomii, o trądziku, o cellulicie, o otyłości, o zaburzeniach psychicznych, o atopowym zapaleniu skóry, o dentofobii, o nowotworach, o zaburzeniach odżywiania, o amputacjach, o niepłodności, o zespole Turnera.

Gdzieś na świecie jest czternastolatka, która ma wrażenie, że jest jedna jedyna na świecie i musi wynaleźć koło od nowa, żeby przetrwać. Podajmy jej to koło, skoro sami wyboistymi ścieżkami je utoczyliśmy.

Skomentuj