Dlaczego kupowanie bielizny na specjalną okazję nie ma sensu

Każdy z nas chociaż raz wszedł do sklepu, zobaczył TO COŚ – piękne, dobrej jakości, wołające do nas z półki, że szuka nowego domu, i najczęściej drogie. TO COŚ często wędruje z nami do domu w reklamówce z logiem sklepu i straszliwym, powodującym wstyd paragonem (a mogłam za to kupić jedzenia na 2 tygodnie!) i ląduje na honorowym miejscu w szufladzie/szafie/garażu/szafce, żeby być wyciągane raz na dwa miesiące z westchnięciem smutku, że nadal nie nadarzyła się okazja wystarczająco wystawna, żeby daną rzecz w końcu założyć lub użyć.

Nie ma w tym nic dziwnego, bo sklepy najczęściej sprzedają nie produkty, a marzenia i obietnice. Jakie? Jeśli kupisz te szpilki, kiedyś w końcu nauczysz się chodzić na obcasach, bo będziesz miała do tego motywację. Jeśli kupisz ten zestaw pędzli, to Twoja rutyna makijażowa składająca się z pomadki ochronnej i korektora zmieni się w coś, co można nagrać i wrzucić na YouTube, a RedLipstickMonster się popłacze z zazdrości. Jeśli kupisz te spodnie, to schudniesz do nich i będzie z ciebie laseczka.

Kupujemy więc swój przedmiot pożądania, i najczęściej nie zmienia się nic – nadal zabijamy się o własne stopy na czymś wyższym niż 2 centymetry, nie umiemy się malować, i nie chudniemy.

Dlaczego? Zazwyczaj z jednego z dwóch powodów: albo mamy wrażenie, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy jak na daną rzecz, albo rzecz jest dla nas za dobra.

Właścicielki sklepów z bielizną, zwłaszcza te, które korzystają z visual merchandising (fancy nazwa na układanie towaru tak, żeby chciało się dany regał przypiąć do tablicy na Pintereście) zapewne mi przyklasną albo chociaż pokiwają smętnie głową, bo same sprzedają nam często obietnicę (i mówię to z całą sympatią dla brafitterek, w końcu one też muszą jakoś oprawić to, co mają na stanie – nie wińmy ich). Mniej w przypadku stanika, zwłaszcza, jeśli to zwyczajna baza dla depluski, ale kiedy w grę wchodzą gorsety, bielizna erotyczna? Pani, kupisz, a chłop zemdleje z zachwytu – co można przełożyć mądrze na “ten towar sprzedaje się jako fizyczną manifestację obietnicy sukcesu reprodukcyjnego”. Tak to wygląda sprowadzone do najprostszych możliwych odruchów, aczkolwiek jak wiecie na tym blogu rzeczy proste są źle widziane i wszystko lubimy rozdrobnić i rozłożyć na części.

Innymi słowy jest to ten mechanizm, który powoduje, że przed pierwszą rozbieraną randką spora część kobiet leci czym prędzej po nowy kusidełkowy zestaw- i niestety w części przypadków czuje się w nim później jak w zbroi albo jak koń na wystawie w wyjściowym czapraku.

Nigdzie bowiem nie pojawiają się komunikaty (albo przynajmniej pojawiają się sporadycznie), że zasługujemy na ładne rzeczy. Nie na zasadzie ‘te jedwabie powinny kosztować dolara, co tu tak drogo, Marian wychodzimy’ tylko jeśli Cię na coś stać, to nawet jeśli reklamuje się to jako odzienie wyjściowe, na okazję, luksusowe i tak dalej, to masz święte prawo eksploatować to na co dzień. Tak tak. Ubierając się w zwykły dzień roboczy w jedwabny stanik z koronkami i jakimś fajnym fiubździu na mostku nie jesteś ekstrawagancką wariatką, która nie szanuje tego co ma, tylko używasz produktu zgodnie z jego przeznaczeniem – stanik to półka na cycki, albo odpowiednik gumki w związywaniu ich w kucyk (kocham tą analogię). Nawet jeśli został uszyty z utkanych w splot kunsztowny łez dziewic z Wysp Wielkanocnych.

Jeśli kupujesz sobie stanik ‘na okazję’ (w 99% przypadków oznacza to wyżej wspomnianą rozbieraną randkę) to po pierwsze pośrednio wzmacniasz sama sobie przekonanie, że w ‘normalne’ dni zasługujesz jeno na zgrzebności albo rzeczy proste, skoro koronki i satyny są ‘dla kogoś’. Śmiem twierdzić, że kultura naszych czasów dostatecznie dużo nam nakazuje i zakazuje (gol nogi, chudnij, bądź Jennifer Lawrence, udawaj orgazmy), żeby jeszcze wbijać nam do głowy, że śliczna, kusząca bielizna to z jednej strony rzecz tak kobieca, że facet wchodzący do sklepu ze stanikami postrzegany jest jak perwers albo transwestyta, ale z drugiej strony dla facetów, bo ładne rzeczy muszą być kłujące, niewygodne, i w ogóle nie tak fajne jak noszona codziennie do, pardon my french, urzygu bawełniana braletka z Primarka.

Po wtóre jest bardzo prawdopodobne, że nieprzyzwyczajona do danej rzeczy będziesz się w niej niekomfortowo czuła – i nie mówię tu o dyskomforcie fizycznym. Możliwe jest bardzo, że zaczniesz ten komplet czy biustonosz kojarzyć z nerwówką przed spotkaniem, a może i którymś z kolei nieudanym rendez vous, i po co biedny stanik tym obarczać? Nie ma sensu produkowanie sobie wokół Bogu ducha winnego biustonosza aury, która powoduje, że samo założenie wprawia Cię w stan jak przed obroną pracy doktorskiej.

Dalej – kupowanie rzeczy ‘na okazję’ (o ile nie są to przedmioty funkcjonalne tylko w konkretnych chwilach – nikt nie każe Ci zakładać sukni balowej do pracy) to marnowanie pieniędzy. Pomyśl: masz dwa staniki, beżowego bazowca za 150 zł i koronkowe cudo na pierwsze seksy za 350 zł. Beżowca będziesz nosić, powiedzmy, raz na tydzień – 52 razy w roku, innymi słowy jedno założenie będzie Cię kosztować ok. 96 groszy, jeśli weźmiemy pod uwagę, że przeciętny dobrej jakości stanik wytrzymuje ok. 3 lata regularnej eksploatacji. Na ile pierwszych randek pójdziesz w przeciągu tych trzech lat? Powiedzmy, że 10 – to daje Ci koszt 35 złotych za założenie stanika. Czy byłabyś w stanie usprawiedliwić sama przed sobą ekonomicznie kupowanie nowego stanika za 35 zł przed każdą randką? Nie, a jednak robisz to, tylko zamiast rozłożyć koszt na raty płacisz od razu.

Jeśli jednak kusidełko będziesz eksploatować tak, jak bazowca, w tygodniowej rotacji, nagle jego koszt spada do 2,24 zł / założenie. Brzmi zdecydowanie lepiej i ekonomiczniej, prawda?

Jeśli więc już musisz kupować ‘na okazję’, to zrób tą okazją siebie i swój humor na założenie czegoś fantastycznie pięknego – mamy mało czasu na cieszenie się życiem między pracą, rodziną, i innymi zobowiązaniami, więc nie odbierajmy go sobie jeszcze bardziej.

Related Posts

by
Aga to leniwa buła, której nie chce się kupić kotletów do wyrównywania asymetrii biustu, wielbicielka staników niezwykłch i szperaczka okazyjna. Z wykształcenia (już zaraz prawie) neuropsycholog kliniczny, co nie lubi NFZtu, z zawodu copywriter i social media specialist. 65F / 70E UK, 65G PL
Previous Post Next Post
0 shares