Czego paskudne buty UGG nauczyły mnie o luksusie

Kiedy buty UGG pojawiły się na łamach gazet i plotkarskich portali, uważałam je za najbrzydsze buty świata, i godnych następców Crocsów. Bure, nieforemne, bez obcasa, robiące ze stóp kopyta albo klocki. Kręciłam nosem na myśl, że mogłabym włożyć coś takiego, bo nie wyobrażałam sobie samej siebie w czymś, co nie podkreśla moich kształtów. Jeszcze nie daj bóg ktoś się zorientuje, że jak zdejmę szpilki nie mam tak idealnie krągłej pupy, za to moje stopy są dość spore!

Dziś mam cztery pary UGGów, i uważam, że to najpiękniejsze buty świata. Jedne klasyczne, bure i schodzone, jedne czarne, ze ‘swetrową’ górą sięgającą mi do uda, jedne z drewnianą podeszwą, i… balerinki. Tak.

Ponieważ kiedy pierwszy raz dla tak zwanych jaj przymierzyłam UGGi, umarłam momentalnie z miłości do poziomu komfortu, jaki dotychczas dawały mi tylko kapcie góralskie, które nijak nie nadawały się do wychodzenia na dwór. To było jak włożenie nóg w ciepłe masło.

Jednak nadal miałam wrażenie, że UGGi powinnam nosić tylko wtedy, kiedy cichcem biegnę do osiedlowej Stokrotki po yerba mate – było mi odrobinę wstyd. Kiedy jednak stopy prawie mi odpadły po imprezie tuż przed 1. dniem Wiosennego Salonu Bielizny, powiedziałam sobie ‘fuck it’ i założyłam swoje owcze futerały na nogi. Przeszłam w nich cały dzień, nikt ich nie skomentował, nie zawaliło się niebo. Ba – pod koniec targów byłam zdecydowanie mniej zmęczona niż zwykle. Zdałam sobie sprawę, że to, co mnie tak swędziało z tyłu głowy przez większość doby, było zastanawianie się, gdzie się podziały wyrzuty sumienia. No wiecie, ten głosik, który mówi ‘a mogłaś wstać 10 minut wcześniej i zakryć brzydką cerę podkładem’, albo ‘a mogłaś się nauczyć chodzić na szpilkach i lepiej wyglądać’, względnie ‘a mogłaś uczesać się we francuski warkocz i zachwycać, zamiast obnosić wygodny kucyk’.

Od tamtej pory serdecznie gdzieś mam, że UGGi są raczej brzydackie i nie pasują do całej masy strojów; moje stopy są szczęśliwe. A to nie jest byle co, jeśli tak jak ja żyło się 27 lat w przekonaniu, że buty mogą być niewygodne, albo bardzo niewygodne, bo ma się krzywe, szeroko rozstawione palce i długie śródstopie.

Jedyną rzeczą, do której mogę porównać utracenie UGGowego dziewictwa, było zdanie sobie sprawy, że mam święte prawo mieć rzeczy, które są drogie lub bardzo drogie nie z powodu swojej funkcjonalności, a dlatego, że są piękne i tym pięknem sprawiają frajdę – a więc luksusowe. I w tym miejscu mam małą petycję – przestańmy używać słowa „luksus” jako pejoratywnego określenia na coś zbędnego.

Można się oczywiście pośmiać, że dopiero sobie znalazłam temat na wykład, ale od kiedy zdałam sobie sprawę, czym tenże luksus tak naprawdę jest, moje życie jest definitywnie lepsze. Luksus to otaczanie się pięknymi rzeczami dla samej przyjemności obcowania z nimi – co w moim wydaniu oznacza tyle, że całkiem serio i z determinacją odkładam środki na budowę mającej kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów kwadratowych garderoby przeznaczonej tylko pod moje zbiory bieliźniane. Czy to brzmi jak coś z reality show o pokręconych Amerykankach z NYC tudzież Plotkary? Tak. Zdecydowanie.

Ale bardzo dużo pracy wkładam w to, żeby było mnie stać na spełnienie tej zachcianki – to nie jest nic innego niż zachcianka, mogę bez tego żyć. Ba, pewnie mogłabym te pieniądze wydać na coś praktyczniejszego. Ale pozwalam sobie przepuścić je na coś, co będzie powodowało u mnie dreszcz radości długimi latami. Ciężko i uczciwie pracuję na wydanie mnóstwa pieniędzy po prostu na frajdę. I to jest okej. Ja chcę garderobę, a moja przyjaciółka pół asortymentu KIKO. Jeszcze inna moja znajoma chce mieć gigantyczne akwarium na pół ściany zamiast luksferów. A mój brat chce mieć kasę na przeżycie wakacji życia, które spędzi w swoim wymarzonym akademickim mieście na piciu piwa i koncertach, i zarabia na takie tzw. marnotrawstwo pieniędzy w pocie czoła.

Pewna idiotyczna reklama miała rację: faktycznie, podaruj sobie odrobinę luksusu. Nie musisz w tym celu się zadłużać ani robić debetu na koncie. Kup sobie tą musującą kulę do kąpieli, która miga Ci na instagramie, pij poranną kawę ze stuletniej filiżanki z targu staroci (mimo, że kubek byłby praktyczniejszy), pozwól sobie na godzinę tygodniowo w wannie z maseczką i książką. Piękno, którym się otaczasz, też możesz dowolnie zdefiniować; UGGi są piękne przez komfort totalny, jakiego nie zaznałam w żadnym innym obuwiu. Herbata różana jest piękna, bo cudownie pachnie. Pizza jest piękna… bo jest pizzą.

To naprawdę nie jest grzech ani powód do wyrzutów sumienia, że korzystasz z czasu, który został Ci dany, w sposób, który powoduje u Ciebie radość i poczucie dopieszczenia własnych zmysłów. Świat jest pod tym kątem bardzo schizofreniczny; z jednej strony krzyczy KUPUJ KUPUJ KONSUMPCJA DAJE SZCZĘŚCIE, a z drugiej próbuje nas przekonać, że wydawanie kasy na tzw. bzdety to powód do samokrytyki i zastanowienia się nad sobą, bo dobre dziewczynki wiecznie oszczędzają. Dobre dziewczynki obywają się także niezbędnym minimum (modne ostatnio “jestem taka lepsza niż Wy, bo jestem minimalistką i nie mam X bo mi to niepotrzebne i nie wiem po co to komu”), albo przynajmniej rzeczami, których ceny nie wymagają wyrzeczeń, bo „kto normalny to kupuje” – bullshit. Póki nie powodujesz problemów finansowych u siebie lub innych, masz prawo chcieć żyć pięknie i z pięknem. Przestańmy wrzucać luksus do jednego worka z pychą, obżarstwem i rzucaniem w asystentki butami.

Luksus dla mnie z dziś to moje szuflady wypełnione fikuśnymi rzeczami, które wkładam raz na rok – luksus dla mnie sprzed kilku lat to było wyjście na paznokcie, bo mój budżet był sporo mniejszy. A jednak pilnowałam, żeby kwotę na manicure zawsze mieć wygospodarowaną, bo to była nagroda dla mnie samej za całomiesięczny wysiłek. Pozwoliłam sobie na cieszenie się tym, co mogę sama sobie dać, i sprawiam sobie prezenty, za które zapłaciłam uczciwie. Naprawdę nie stanę się szlachetniejsza czy lepsza od odmówienia sobie czegoś, na co mnie stać, i co sprawia, że czuję się lepiej.

Luksus to także brak wyrzutów sumienia za to, że robisz coś dla swojego komfortu i frajdy.

I Was też do tego zapraszam. Macie prawo do zrobienia samej sobie całkowicie niepraktycznej frajdy w postaci – na przykład – pięknej i bardzo lukśnej piżamy (hint hint, będzie recka z konkursem) w granicach swoich możliwości.

One się będą przesuwały w tę i wewtę całe Wasze życie. A poczucie tego, co jest luksusowe, razem z nimi. I to też jest okej.

Znajdź więc swoje mentalne UGGi i załóż je na mózg. I jak ta fenomenalna graficzka życzy – miej z tego powodu jak najmniejsze wyrzuty sumienia.

Related Posts

by
Aga to leniwa buła, której nie chce się kupić kotletów do wyrównywania asymetrii biustu, wielbicielka staników niezwykłch i szperaczka okazyjna. Z wykształcenia (już zaraz prawie) neuropsycholog kliniczny, co nie lubi NFZtu, z zawodu copywriter i social media specialist. 65F / 70E UK, 65G PL
Previous Post Next Post
0 shares