Don’t call me murzyn, call me modelka; Martyna Bielicka o modelingu, rasie i plus size

Martyna Bielicka to znana między innymi z katalogów Mat i Unikat modelka plus size. Możecie ja zobaczyć w sesjach producentów bieliźnianych, którzy szyją rozmiar 85H, więc reprezentuje zdecydowanie frakcję większobiustną i rosnący coraz prężnej segment modelingu plus size, do niedawna jeszcze postrzegany w kategoriach kuriozum i kontrowersyjnych decyzji kreatywnych. Ta zadziorna torunianka weszła w branżę bieliźnianą niemal ukradkiem, ale do tej pory budzi niemałe zdziwienie. Kim jest zatem ta tajemnicza brunetka? Z Martyną rozmawiamy dziś o tym, jakie są blaski i cienie bycia modelką plus size, o tożsamości, jak to jest wychowywać się w monokulturowym środowisku, i czemu to, co robi kocha miłością osoby, która czasem sarka na swoje kochanie. Proszę zrobić sobie suchy prowiant i mokre picie, bo to najdłuższy wywiad w historii bloga!

Miski Dwie: Myślę że spokojnie mogę powiedzieć, że wszystkie trzy jesteśmy wielkimi fankami faktu, że się pojawiłaś, dlatego że do niedawna poza Sylwią Bombą, Joanną Cesarz i może innymi, pojedynczymi osobami dziewczyny plus size rzadko pojawiały się jako modelki bielizny. Bardzo długo lobbowałyśmy o to, żebyście pojawiały się w katalogach i materiałach marketingowych… a jak to wyglądało od Twojej strony? W jaki sposób trafiłaś do modelingu?

Martyna Bielicka: Miałam przyjaciółkę, która często chodziła na sesje zdjęciowe w roli modelki. Pewnego razu odebrałam ją z jednej z sesji i tak się akurat złożyło, że fotograf i mi zrobił zdjęcia. Wrzuciłam je wtedy na stronę dla modelek, i po krótkim czasie odezwała się do mnie Wiktoria ze sklepu 20inLove. Właśnie do nich pojechałam na pierwszą sesję lookbookową, do Poznania. Kiedy oni dodali moje zdjęcia na swoją stronę, pomału zaczęły spływać kolejne propozycje, następne było Tono… więc założyłam konto na Instagramie, zaczęłam chodzić na sesje TFP (time for pictures – fotograf zgadza się na zrobienie za darmo zdjęć w zamian za czas modelki lub modela poświęcony na sesję) żeby rozbudować portfolio, i powoli ruszyłam w kierunku profesjonalnego modelingu.

Miski Dwie: A w jaki sposób stałaś się modelką bielizny? Która firma pierwsza powiedziała „my chcemy Martyny”?

Martyna Bielicka: Pierwsza odezwała się do mnie nie marka, a Ada z agencji Antolos z pytaniem, czy miałabym ochotę na sesję bieliźnianą… mówiąc szczerze niesamowicie się tego bałam. Będąc dziewczyną plus size byłam przyzwyczajona do tego, że raczej swoją figurę ukrywam. Trzeba mieć dużo samoświadomości, żeby po prostu móc powiedzieć sobie „okej, wyglądam jak wyglądam, ale nie tylko ja tak wyglądam”. Są inne dziewczyny, które być może nie mają na tyle odwagi, żeby się pokazać tak jak ja, ale za to super byłoby dla nich zobaczyć kogoś takiego jak one, większą dziewczynę – w katalogu czy gdziekolwiek, i pomyśleć „o, ona ma takie kształty jak ja, to ja też tak super będę wyglądała”.

Zgodziłam się na tę sesję – to miały być zdjęcia dla firm Unikat i Mat. Pamiętam że nie zmrużyłam oka przez całą noc przed sesją, ani minuty nie przespałam przez stres! To, co mi pomogło, to przede wszystkim ekipa: Antolos ma tak zgrany zespół, który mnie wspaniale przyjął, dał mi mnóstwo pewności siebie, czułam się jak bogini. To jest niesamowicie ważne, żeby na sesji mieć kogoś, kto Ci powie, że wszystko jest w porządku, że dobrze wyglądasz. Gdyby nie to, jak świetnie nam się razem pracowało, to pewnie bym w ten modeling bieliźniany już nie poszła.



Miski Dwie: Mówisz, że się tą sesją strasznie stresowałaś, że nie mogłaś spać… jaki był Twój największy strach związany z sesją?

Martyna Bielicka: Ja mam dopiero 20 lat, w tym roku skończyłam technikum. Bałam się bardzo, że jak te zdjęcia się zaczną pojawiać w internecie czy w prasie, bądź jak ja je gdzieś wrzucę, to będę miała w szkole koszmar. To była zdecydowanie moja największa obawa – jak odbiorą mnie rówieśnicy. To, jak odbiorą mnie klienci, zeszło jakoś na dalszy plan. Wiedziałam, że to moja praca… ale okazało się, że dostałam tyle pozytywnych komentarzy, że poczułam kopa do działania, żeby to dalej ciągnąć.

Miski Dwie: Te pozytywne komentarze to na pewno większość… ale tak jak większość modelek (i my) na pewno musisz co jakiś czas zagryzać zęby na widok obraźliwych komentarzy i hejtu. Czy to jest coś, co dopuszczasz do siebie?

Martyna Bielicka: Hejt jest, był i pewnie będzie. Ciężko mi jest z tym, ale niestety… fajne było to, że nigdy nie dostałam w szkole żadnego takiego komentarza prosto w twarz. „Źle wyglądasz” albo „nie dodawaj takich zdjęć”, tego nigdy nie było – dopóki nie dodałam pierwszego zdjęcia w bieliźnie. Wtedy pojawiły się teksty, że te fotki są jak z pornografii, że powinnam tylko dupą zarabiać, że mam pełno fałd tłuszczu i to ohydne, ktoś wręcz napisał, że ze mnie jest taka modelka, jak ze świni koń. Takich rzeczy było dużo. Ludzie lubią mówić, że jak się wystawiam na opinię publiczną, to powinnam się z tym liczyć. Z jednej strony – tak, po to wrzucam te zdjęcia, żeby wchodzić w interakcje z oglądającymi. Z drugiej – gdyby to jeszcze była konstruktywna krytyka…

Miski Dwie: No tak, to nie jest krytyka oświetlenia czy technicznych aspektów zdjęcia, tylko wręcz krytykanctwo Ciebie jako osoby.

Martyna Bielicka: Absolutnie. Nie powinno się oceniać ludzi po wyglądzie. To nie jest moja wina, że mam ciemny kolor skóry albo że wyglądam tak, a nie inaczej, a za to mi się obrywa. Czemu nigdy ta krytyka nie opiera się na tym, jaki mam charakter, co mówię, co robię? Na te rzeczy mam wpływ, to moje wybory, a mój wygląd nie jest czymś, co wybrałam. „Jesteś brzydka, gruba i dlatego będę Cię hejtował” – co to jest za krytyka?

Miski Dwie: Wspomniałaś o swoim kolorze skóry, więc chyba musimy poruszyć temat słonia w pokoju… rozmawiałyśmy o tym wcześniej prywatnie. Wtedy miałam wrażenie, że bardzo niewiele konsumentek oglądając Cię w katalogu ma świadomość, jak daleko Ci pochodzeniem etnicznym do przeciętnej Słowianki. Z jednej strony jesteś trochę na świeczniku, ale Twoje pochodzenie i być może kultura już nie. Tego nie widać, jeśli ktoś – powiedzmy – nie wie, na co zwrócić uwagę. Czy był taki moment w Twojej karierze modelki, że nagle zdałaś sobie sprawę, jakie Twoja tożsamość rasowa ma znaczenie i na ile wyróżnia Cię na tle innych modelek?


Martyna Bielicka: Bardzo, bardzo walczę o to, żeby pokazać ludziom, że jestem Polką. Tu się urodziłam, tu się wychowałam, polski jest moim ojczystym językiem. Całe życie próbowałam nadgonić jakieś abstrakcyjne braki, zawołać do świata: „jestem taka sama jak Wy”. W połowie jestem Polką-Słowianką, w połowie Amerykanką – ale nie wiem, jakie jest moje pochodzenie etniczne od strony ojca, jakie mam korzenie. Myślę jednak że to, że – chociażby – jestem ciemnoskóra trochę mi pomaga, w szczególności w czasach, gdy pomalutku polski rynek staje się ciałopozytywny i otwarty na inność. Wyróżniam się. To czasem naprawdę fajnie gra z innymi modelkami, typowymi blondwłosymi dziewczynami o jasnej karnacji itd., więc kiedy pojawiam się na sesji to nagle pojawia się…

Miski Dwie: … wielkie wow?

Martyna Bielicka: Taaak. Ostatnio miałam taką sytuację, że pani, która była w tym samym sklepie z bielizną co ja, oglądała katalog, w którym były moje zdjęcia. Usłyszałam, że „ooo, jaka piękna dziewczyna, ale pewnie nie Polka”. Wydaje mi się, że podobnym tokiem myślenia mogą iść zatrudniające mnie firmy, zwłaszcza jeśli kontaktują się ze mną przez agencję, a nie bezpośrednio, mają wrażenie że zatrudniają kogoś z zagranicy.

Miski Dwie: Na pewno kojarzysz Obsessive – oni mają bardzo charakterystyczną blond modelkę. Niejednokrotnie spotkałam się z opiniami, że to taka typowo słowiańska, piękna, rumiana blond dziołcha… podczas gdy jest to Brytyjka, Rhian Marie Sugden. Więc z jednej strony masz Brytyjkę traktowaną z rozpędu jako Polka, bo Obsessive to polska marka i Rhian ma blond włosy, a z drugiej mamy Ciebie w katalogu Unikatu – i pewnie nie jesteś Polką, bo masz ciemniejszy odcień skóry. Zastanawiam się, czy nie masz czasami takiego wrażenia, że Twoje pochodzenie może być atutem – masz bardzo oryginalną urodę – ale i przeszkodą, bo konsumentki i marki traktuję Cię jak coś egzotycznego? Czy czasami bardziej liczy się to, że wyglądasz inaczej niż „wszystkie” modelki, niż Twój profesjonalizm, osobowość, etyka pracy?

Martyna Bielicka: Tak było na początku. Firma mnie zapraszała i widziałam po prostu, że liczą na efekt wow, bo zatrudniają „zagraniczną” modelkę. Na szczęście ewidentnie poznanie mnie bliżej sporo zmienia. Jestem modelką, naturalne jest, że pracuję swoim wyglądem, ale wolałabym, żeby klienci zapraszali mnie do projektów przede wszystkim dlatego, że dobrze pozuję, można się ze mną bezproblemowo dogadać na sesji, jestem elastyczna… a nie dlatego, że skoro mają same blondynki, to dosztukują jeszcze brunetkę, i to z ciemną skórą.



Miski Dwie: Impulsem do naszej rozmowy był m.in. Twój post z Instagrama mający na celu poparcie Black Lives Matter. My też miałyśmy taki wpis, ale na blogu – i muszę powiedzieć, że nie byłam pewna, nadal zresztą nie jestem, czy potrafię pokazać, w jaki sposób bycie kobietą rebeliantką, bielizna i Black Lives Matter spotykają się na jednym skrzyżowaniu. Zdecydowałyśmy więc po prostu zachęcić do zapoznania się z markami zakładaymi przez Afrykanki, dać im głos w miejscu, gdzie są kompletnie nieznane i pokazać, że wspierając ich biznesy jednocześnie okazujemy okazujemy wsparcie głosów osób innych ras. W jaki sposób Ty odnajdujesz się w Black Lives Matter, co dla Ciebie oznacza i jak łączy się z Twoją pracą?

Martyna Bielicka: Zaraz po Black Lives Matter pojawiło się All Lives Matter, i to boli, frustruje mnie, jak bardzo to stoi w sprzeczności z rzeczywistością. Ja nie mam wpływu na to, że się urodziłam ciemnoskóra, a od dzieciństwa obrywałam za kolor skóry, w przeciwieństwie do białych dzieci. Dla mnie All Lives Matter jest po prostu niepojęte, nie rozumiem tego. Frustruje mnie to, że All Lives Matter stoi w sprzeczności z rzeczywistością – bo z jednej strony chcemy, żeby wszyscy byli równi, ale gdy w końcu osoby poszkodowane odważyły się głośno krzyczeć, że są źle traktowane, to zarzuca się im, że myślą tylko o osobie. W jaki sposób mamy walczyć o tą równość, jeśli jednocześnie mamy być cicho o nierówności?

Teraz trwa akcja „Don’t call me murzyn” – mega wspieram dziewczyny w tym, co robią. Jako dziecko byłam bardzo wyzywana, i w przedszkolu, i w szkole: od murzynów, asfaltów, czarnuchów, nieraz ktoś mnie opluł, rzucił czymś we mnie, popchnął… Mi to siedzi cały czas w głowie. Jestem już w tym wieku, że to, co było moim największym kompleksem i słabością jest teraz dla mnie atutem, bo poukładałam sobie pewne sprawy w głowie, co nie zmienia faktu, że czuję. Czuję przykrość, zwłaszcza gdy rozmawiam z ludźmi i próbuję im wytłumaczyć, że nawet to słowo „murzyn” jest dla nas, czarnych kobiet, obraźliwe. Ktoś tak do mnie powie, i dla tej osoby to jest okej… a ja widzę przewijające się przed oczami stop klatki z każdego użycia tego słowa wobec mnie, od przedszkola do dorosłości, wszystkie te złe momenty. Łzy stają mi w oczach, i przepracowanie tego nie sprawia, że nie boli. Chciałabym, żeby ludzie zrozumieli, że to nie oni decydują, co jest neutralne, tylko osoby, wobec których się danego określenia używa. Niestety to jest tak, że ja mogę walczyć i dziewczyny z projektu „Don’t call me murzyn” mogą walczyć o szacunek, ale póki Ty, osobo z internetu, nie podejmiesz wysiłku zrozumienia, o co i czemu jest ta walka, to to spełznie na niczym.




Miski Dwie: Nie masz takiego wrażenia, że cała dyskusja dookoła słowa „murzyn” kręci się wokół cudzego „ale ja Ci nie chciałem sprawić przykrości”, „to słowo jest od zawsze w języku polskim”, „Bralczyk powiedział że to jest spoko”? Wtedy cała konwersacja zjeżdża na prawo osoby X do nazywania Ciebie, jak ona chce, stoi wyżej niż Twoje emocje.

Martyna Bielicka: Tak, i to bardzo często. Pierwszym i często jedynym argumentem osób, które używają tego typu obraźliwych dla nas określeń jest „ale w słowniku jest napisane, że to jest neutralne słowo”. Być może, tylko po pierwsze w Słowniku Języka Polskiego mamy do tego słowa trzy odnośniki, z czego tylko jeden jest w pewnym sensie neutralny, i dziewczyny organizujące „Stop calling me murzyn” wniosły petycję o usunięcie tego podpunktu. Mamy za to podpunkt mówiący o tym, że murzyn to osoba wykonująca za kogoś jego pracę…

Miski Dwie: Co jest odniesieniem przecież bezpośrednim do niewolnictwa.

Martyna Bielicka: Ależ oczywiście. To słowo jest dla mnie niezwykle pejoratywne, i wkurza mnie, że ludzie nie zdają sobie z tego sprawy… weźmy jednak pod uwagę, że w szkołach nie ma żadnych zajęć poświęconych tolerancji. Gdy ja sama w szkolnych czasach zebrałam się na odwagę, żeby powiedzieć, że źle się czuję w szkole, że inne dzieci mnie męczą, usłyszałam „ale nie przesadzasz trochę?”. Jako dziecko przyjęłam więc do wiadomości, że chyba tak musi być, że ktoś na mnie pluje albo woła do mnie per „asfalt”, skoro dorośli nie widzą powodu do przejęcia się. Moje emocje są nieważne, moje odczucia są nieważne, ważne jest to, żeby dorośli nie mieli się czym zajmować. Dziecko siedmioletnie nie chce chodzić do szkoły, boi się wracać samo ze szkoły, i nikt sobie nikt z tego nie robi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że muszę pić dużo mleka, wtedy stanę się biała… możesz sobie wyobrazić, ile litrów mleka wtedy wypiłam. Dziecko cztero-, pięcioletnie chciało zmienić rasę. Mówię oczywiście o czymś, co działo się ponad dekadę temu, i skala takich wydarzeń jest obecnie sporo mniejsza; wtedy ja byłam jedynym ciemniejszym dzieckiem na całą szkołę. Teraz tych dzieci jest więcej, i w przeciwieństwie do mnie one mają siebie nawzajem. Tylko czemu muszą trzymać się razem? Czemu sytuacja, gdy inne prześladowane dzieci mają siebie nawzajem to progres wobec okrzyków „asfalt” na korytarzu? Pewne rzeczy trzeba wynieść z domu i ze szkoły naraz, inaczej nie widzę sposobu na zmianę czegokolwiek.

Miski Dwie: Pracując jako modelka „trafiasz pod strzechy” – uśmiechasz się z katalogów i okładek. Masz nadzieję, że to sprawi, że ludzie nabiorą nieco pozytywniejszych skojarzeń z rasą, którą reprezentujesz? Może w ten sposób coś, co było „nowe” opatrzy się…

Martyna Bielicka: Ja już to dostrzegam, zarówno w aspekcie mojej rasy, jak i bycia plus size. Nawet duże firmy i agencje wprowadzają do swoich sesji modelki różnych ras i postur, chociażby ostatnio Gucci. Im więcej będziemy tego pokazywać, im częściej i łatwiej będzie można zobaczyć dziewczynę plus size, tym trudniej będzie przede wszystkim usprawiedliwić te złośliwe uwagi sugerujące, że widzimy niezwykłej skali kuriozum. Serce rośnie, kiedy dostaję wiadomości na Instagramie typu „dzięki Tobie kupiłam sobie pierwszy raz w życiu sukienkę”, „wcześniej nie nosiłam sexy bielizny, a teraz kupiłam bo będę wyglądać jak Ty”. Nie będę też kłamać, miałam taki moment, że usiadłam i pomyślałam „kurczę, nie dość że jestem ciemna, to jeszcze plus size. Ja nie wiem, jak z tego wyjdę cało!”

Na szczęście dosyć szybko przepracowałam to i zrozumiałam, że takie kombo to mój atut. Jestem piękna na swój sposób, wyróżniam się kolorem skóry, gabarytem. I tak, oczywiście że mam z tyłu głowy, że gdzieś jest ta czarnoskóra dziewczynka, która patrzy na mnie i myśli, że być może ona też tak będzie mogła. Dla niej muszę wiedzieć, że to kim jestem jest w porządku, niezależnie od tego, ile razy usłyszałam, że nie jestem u siebie i że to nie jest mój kraj. Muszę być czujna i widzieć, kiedy się od jakiejś osoby czy kółka znajomych odciąć, zrobić sobie detoks od opinii i atmosfery, która mnie hamuje, a czasem wręcz cofa. Samemu bardzo ciężko jest przejść przez życie w plus size butach, a zwłaszcza gdy się jest czarną kobietą plus size.

Marki, z którymi pracuję „z doskoku”, na jedną sesję, czasami mnie tak traktują, jako czarny-egzotyczny dodatek do katalogu, ale długofalowe współprace są zdecydowanie bardziej komfortowe. Przechodzimy z modelu „weźmy Martynę, bo jest egzotyczna” do „weźmy Martynę, bo jest dobra w tym, co robi i świetnie pozuje”. Dla mnie to jest praca, profesjonalna praca, i mam nadzieję, że udaje mi się pokazać, że to jest praca. „Stoisz i się uśmiechasz, a ktoś robi całą robotę bo cyka zdjęcia” – ciągle to słyszę. Skoro umówiłam się z marką na coś, przyjechałam na zdjęcia, to nie kręcę nosem, nie wybrzydzam, i tego samego oczekuję od ekipy – profesjonalizmu.

Miski Dwie: Skoro już tu jesteśmy – jak wygląda praca modelki? Co jeszcze w tym jest dla Ciebie do zrobienia poza „stoisz i się uśmiechasz”?

Martyna Bielicka: Ojej… wiedza przychodzi z czasem. Teraz już się nauczyłam, że jak jadę gdzieś dalej, to przyjeżdżam dzień wcześniej, żeby się wyspać. Kiedyś robiłam tak, że wstawałam o 3. czy 4. rano i biegłam na pociąg… a przecież sesja to jest nieraz 10h stania, praktycznie cały czas na szpilkach, mamy 60 czy 70 kompletów, i wszystko trzeba obfocić jednego dnia. Sesje zaczyna się zazwyczaj wcześnie rano, więc wieczorem staram się zrobić sobie maseczkę, że ułatwić wizażyście zadanie i nie wymagać dodatkowej pracy nad workami pod oczami chociażby.

Zatem zajmuje się mną osoba od makijażu, ktoś robi mi fryzurę i przy dobrych wiatrach ok. 10 rano zaczynamy zdjęcia. Musimy zachować tempo… a potem taki katalog musi wyglądać dla konsumentki w bardzo konkretny sposób, te zdjęcia muszą być spójne, w pewnym sensie „takie same”, mimo że na jednym to jest początek mojej pracy, jestem pełna energii, a na drugim jestem po 10h zdjęć i już ledwo stoję. Na pierwszym zdjęciu na sesji muszę wyglądać tak samo promiennie i świeżo, jak na ostatnim. A przecież wchodzi zmęczenie, stres, głód, coś mnie może boleć. Zaciskam jednak zęby i pozuję, bo czekał na mnie cały zespół: makijażystka, fryzjer, stylista, fotograf… to jest super praca, ale ma swoje plusy i minusy jak każda inna. Sesja oczywiście ma przerwę na obiad, więc nikt nie głoduje 😉

Moi znajomi czasem mówią „wow, ale masz super, pojeździsz sobie po Polsce, pozwiedzasz…”. Z jednej strony faktycznie mogłabym przy okazji wizyty w danym mieście zostać i pozwiedzać, ale przecież ja dopiero skończyłam szkołę! Od poniedziałku do piątku szkoła przez 8h dziennie, po szkole praca, więc sesje wchodziły w grę tylko w weekendy. Nie zliczę, ile razy byłam już w Warszawie, a widziałam w niej tylko Pałac Kultury, bo widać go wychodząc z pociągu na Centralnym. Jadę do miasta, w którym jest sesja, i widzę tylko trasę dworzec-hotel-dworzec, to jest całe moje zwiedzanie.

Miski Dwie: Na pewno bardzo ważnym aspektem tej pracy jest to, że pracujesz ciałem – dosłownie. Czyli np. przybierasz pozę, która pięknie wygląda na zdjęciach, ale gdybyś miała w niej dłużej postać nabawiłabyś się skurczu albo skręciła sobie staw.

Martyna Bielicka: Tak… ostatnio robiłyśmy z Adą z agencji Antolos sesję sensualną, inspirowaną ciążowymi zdjęciami Ashley Graham. Pozy świetnie wyszły na zdjęciach, ale ja musiałam się tak powyginać, że następnego dnia nie byłam w stanie wstać z łóżka. To z perspektywy czasu jest śmieszne, ale czasem trzeba się poświęcić. Podobnie mam w pewnym sensie z włosami – prostuję je, mam uraz z dzieciństwa do swoich naturalnych, kręconych włosów afro – ale co i rusz ktoś prosi, żebym przyjechała w kręconych, i wtedy zdarza mi się mieć łzy w oczach. To może wydawać się śmieszne, ktoś by powiedział „kręcone włosy, rzecz normalna”, ale mi to tak siedzi w głowie ze względu na wyśmiewanie w dzieciństwie, że muszę dużo wysiłku włożyć w ukrycie tego stresu i spięcia.

Miski Dwie: Czy jest jakiś mit na temat pracy modelki, z którym się spotkałaś i jest powszechny, a który nijak ma się do rzeczywistości?

Martyna Bielicka: Owszem, i to taki, który mnie osobiście boli. Dzięki Ewie Zakrzewskiej z Ewokracji byłam parę razy w TVN jako modelka, i niestety usłyszałam kilka sugestywnych pytań o to, co musiałam zrobić, żeby się tam dostać. Podtekst jest bardzo jasny. Nie wiem, czy jestem w stanie przekazać, jak boli mnie ten koncept, że modelka musi robić karierę w taki sposób, że nie ma innej drogi. Dostałam parę razy takie sugestie, albo i pytania wprost i denerwuje mnie to niesamowicie.

Z drugiej strony są tak zwane „dary losu” – owszem, od jakiegoś czasu kurier jest u mnie bardzo często z prezentami od marek w formie podziękowania za sesję. W paczce znajduję często liścik z podziękowaniem za miłą współpracę, co ja osobiście niezwykle cenię, ale nie jest też tak, że mogłabym od jutra nie pracować!

Miski Dwie: Nie możemy o to nie spytać tytułem końca – jakie marki i modele polecasz swoim siostrom rozmiarowym?

Martyna Bielicka: Noszę 85H i 2/3XL, więc rozmiar wymagający przemyślenia. Zdecydowanie mogę polecić Panache, zwłaszcza ich model Atlanta z zapięciem magnetycznym na karku. Jest przepiękny i kocham go całym sercem! Ostatnia Dionne w serca również godna jest grzechu. Poza Panache noszę i lubię Mata i Unikata, Kingę… przepiękną bieliznę robi też Ewa Bien, dawno jej nie kupowałam, ale czas się z marką przeprosić.

Miski Dwie: Życzymy Ci zatem owocnych zakupów i powodzenia w kolejnych sesjach!


Z kim powinnyśmy jeszcze pogadać na łamach Misek? Dajcie nam znać w komentarzach!

Skomentuj