Nie, to nie jest tak, że „już nic nie można powiedzieć”

Im dalej w las w mojej blogowej podróży, tym więcej widzę rozdrażnienia i frustracji pojawiającej się w internetowych dyskusjach na różne tematy. W szczególności frustracja ta dotyczy koncepcji, jakoby „nic już nie można było powiedzieć” lub też „ludzie się obrażali na wszystko”, alternatywnie „wszyscy są teraz tacy wrażliwi”. I mało co budzi tak wielką moją satysfakcję, jak wyciągany przez niektórych wniosek, że są w jakiś sposób kneblowani albo odbiera się im wolność słowa.

Dlaczego?

Dlatego, że ewidentnie oznacza to, że coraz więcej osób głośno mówi o tym, że coś im przeszkadza.

A przeszkadzać może mnóstwo rzeczy… bycie nazywaną „skarbem”, „drogą koleżanką”, „dupcią”, „zmywarką, co robi brrr”, „waleniem”, „babochłopem”, „młodym mięskiem”, „piękną kobietką”, komentarze odnośnie tego, że się zajadasz na śmierć (lub głodzisz na śmierć i potrzebujesz kanapki), że się krzywdzisz terapią hormonalną, że imię którym się posługujesz jest inne od tego z dowodu, że masz krzywe zęby, za mały/za duży/za obwisły/za jędrny biust, że jesteś za wysoka więc faceta wystraszysz albo za niska i stoisz „na wysokości zadania”, że nosisz się za mało kobieco i nikt nie będzie Cię chciał (albo za bardzo i wtedy kusisz do zrobienia Ci krzywdy), że masz zbyt kontrowersyjne poglądy i powinnaś je stonować, że za bardzo narzekasz i nikt nie lubi narzekających kobiet, że narzekasz za mało i trzeba walczyć o Twoje zdanie bo nikt za Ciebie tego nie zrobi, że masz za duże wymagania i szukasz po prostu skrzyżowania wibratora z bankomatem (albo że masz za małe wymagania, bo kobiety lecą na bad boyów z wyrokiem za pobicie ze skutkiem śmiertelnym a potem mają pretensje do świata), że uprawiasz za mało seksu i jesteś cnotką albo za dużo i się nie szanujesz, i tak ad mortem defecatum.

To tylko ułamek z rzeczy pozbieranych w przeciągu pół godziny z mojego feedu na Facebooku. Czy zatem rzeczywiście „nic już nie można powiedzieć”, skoro setki tysięcy osób zupełnie komfortowo siedzą przed komputerami, pisząc to wszystko bez cenzora czytającego ich posty i komentarze przed publikacją? Czy naprawdę masowy dostęp do internetu i urządzeń mobilnych jest taką przeszkodą do wyrażania swojego zdania?

Nie ma co ukrywać, internet jest tylko lupą, która powiększyła problem istniejący od zawsze: ludzie, którzy piszą co chcą… a tym, co chcą pisać, jest zupełnie przypadkowo werbalna biegunka obliczona na zrobienie komuś przykrości. I ubrana w szatki wolnomyślenia lub szczerości, którą należy szanować.

Powiedzmy zatem głośno, zwłaszcza dla tych, co siedzą z tyłu:

Tak, możesz napisać wszystko, na co masz ochotę.

Na tym polega wolność słowa. Ale wolność słowa nikogo nie obliguje do zgadzania się z Tobą, a tym bardziej do zaniechania krytyki. Ani nawet do zachowania dla siebie opinii, że Twoje zdanie robi z Ciebie luja. A już na pewno nie do odstąpienia od wymierzenia Ci za to konsekwencji, od bana ze swojej grupy czy kanału przez grzywnę po surowsze kary.

Modne stało się również odwoływanie do tzw. cancel culture. Cancel culture to dosłownie kultura anulowania – określenie na masowe odżegnywanie się od jakiejś postaci popkultury lub zjawiska, zapoczątkowane przez hasztag #CancelRKelly. Muzyk pedofil, R Kelly, został uznany przez czarną społeczność za absolutnie niechciany jej element, i #CancelRKelly zaczęło zataczać coraz większe kręgi na Twitterze, nawołując do bojkotu artysty. Po tym hasztagu pojawiły się #CancelJamesCharles, #CancelTrump, #CancelFascism i wszelkie inne warianty.

Cancel culture przywołuje się jako nowoczesny odpowiednik gilotyny, pod którą zaciąga się bogu ducha winnych wolnomyślicieli za bolesne prawdy w rodzaju ‚transkobiety to tak naprawdę faceci w przebranu’. O ile czasami faktycznie pod jej ostrze wpadają osoby, które rzeczywiście mówią niewygodne ale prawdziwe rzeczy, o tyle przez większość czasu cancel culture to słowo wytrych, który rozmaite luje wykorzystują do usprawiedliwienia faktu, że w końcu ktoś im zwraca uwagę na ich fatalne zachowanie.

Uwagi w rodzaju ‚nie jesteś taka jak inne dziewczyny’ nie stały się obraźliwe nagle, o północy dnia 22. grudnia 2017.

Były obraźliwe zawsze. Ale sporo wody w Wiśle upłynęło, zanim kobiety zebrały się w sobie i zaczęły masowo mówić głośno o tym, że sugerowanie, jakoby cała jedna płeć nadawała się do recyklingu bo nie spełnia niezdrowych standardów innej, nie jest komplementem. Trzeba było do tego lat dyskusji o teorii feminizmu, o tożsamości, o wyborach kobiet, o możliwościach tych wyborów, o naszym prawie do nich. O gender, o seksualności. O ich płynności i stabilności. A do tego trzeba było faktycznych wolnościowców, którzy i które rozmawiali o tych sprawach mimo bycia obrzucanymi metaforycznymi lub fizycznymi zgniłymi pomidorami.

Nie jesteś jedynym wolnym, który widzi, jak inne owce biegną w ślepym pędzie. Nie jesteś Arystotelesem XXI. w. Nie jesteś nawet filozofem ani odkrywcą zaginionych prawd. Nikt nie będzie szanował tego, że w nowy papierek opakowujesz narrację z końca XIX w. Odgrzebywanie błędów poznawczych rodem z końca boomu powojennego i prezentowanie ich jako rewolucji kulturalnej nie jest ani hardkorowe, ani godne podziwu. Nikt nie będzie się ekscytował magnetowidem wystawionym obok nowiutkiego Macbooka w świecie, w którym kupienie kasety VHS zaczyna stanowić problem, ani nikt nie będzie go kupował tylko po to, żeby w gratisie dostać od Ciebie choinkę zapachową.

Możesz mówić co chcesz, jak chcesz, gdzie chcesz i kiedy chcesz. Ale świat na szczęście ruszył do przodu i jeśli masz jaja (lub jajniki) na wyrażanie swoich opinii, to musisz je też mieć na przyjęcie krytyki, jeśli Twoja opinia robi z Ciebie pajaca.

Jeśli więc dla Ciebie „ludzie czują się pewniej z mówieniem, że coś im sprawia przykrość” = „już nic nie można powiedzieć”, to może czas się zastanowić nad tym, czemu wszystko, co chcesz powiedzieć, to rzeczy sprawiające innym przykrość?

Żyjemy w coraz wspanialszej erze, w której wszyscy możemy mówić co chcemy – a historia na bieżąco pokazuje paluchem, kto sromotnie się myli.

Jak powiedziała wspaniała Alexandria Ocasio-Cortez,

Ludzie, który naprawdę się ‚canceluje’ nie mają swojego zdania rozdmuchanego ani powtarzanego przez największe media.

Więc jeśli chcesz zostać Prawdziwą Ofiarą i dumnie nosić odznakę Ktoś Powiedział Mi Dziś Żebym Się Zabił, to dołącz do nas i promuj za pomocą bieda-arsenału w postaci profili w social mediach i niezależnych portalików kulturę równości, radykalnej empatii i odpowiedzialności za swoje słowa. Wsparcie psychologiczne po 3 dniach stałej przemocy werbalnej z każdej strony zapewni Ci… a nie, czekaj. Nie zapewni.

Póki co jeszcze nie przekonałyśmy swoich przeciwników, że psychologia i psychiatria zasługują w sytuacji epidemii (covidowej i depresji) na dofinansowanie bardziej niż pomniki i maszty z flagami. Jak już zaczniesz dostawać ataku lęku uogólnionego na myśl o otwarciu folderu ‚Inne’ to porozmawiamy, kto tu jest wolnomyślicielem-hardkorem.

Skomentuj