osoby z macicami

Dlaczego problem z „osobami z macicami” jest kompletnie z dupy.

Ostatnio karierę w polskich kręgach feministycznych robi oburzanie się na frazę „osoba z macicą”. Ponoć oznacza to wymazywanie kobiecej obecności w społeczeństwie i odmowę traktowanie kobiet podmiotowo, jako samookreślających się istot. Czytam to i nie wierzę, że można samodzielnie wyprodukować taką opresję, a potem się nią jeszcze zasłaniać żeby usprawiedliwiać swoją transfobię. Bo tak, protestowanie przeciwko inkluzywnego nazewnictwu jest niczym innym, tylko transfobią.

Weźmy na tapetę frazę „osoba z piersiami”. Za każdym razem, gdy ktoś jej używa (np. my na blogasku), pojawia się komentarz „a nie można było po prostu napisać kobiety?!”.

Są sytuacje, w których precyzyjny język jest po prostu potrzebny. Słowo „kobieta” nie jest wystarczające, gdy omawiamy np. dolegliwości ze strony piersi – nie wszystkie kobiety mają piersi, i nie wszystkie osoby z piersiami to kobiety. Próba dostrzeżenia, że świat tożsamości płciowej nie jest czarno-biały, ani nawet nie ma odcieni szarości, tylko jest brokatową, szarżującą na Ciebie w technikolorze tęczą, nie jest zawłaszczaniem niczyjej przestrzeni. Jako absolwentka studiów społecznych mogę powiedzieć śmiało, że gdybym przyszła do swojego promotora z podziałem swojej grupy badawczej na kobiet i mężczyzn, to zostałabym spytania „jakich kobiet i jakich mężczyzn” badam. W zależności od tematu badania ma to diametralne znaczenie, chociażby dlatego, że doświadczenia kobiet trans i cis u lekarza nie są te same.

Podobnie jest ze wszystkimi funkcjami biologicznymi i organami, które można mieć. Mamy (rzekomo będące elementem nowomowy) określenie „osoby z macicami”, „osoba która rodzi”, „osoba z penisem”… jak również mamy słowa takie jak „rodzic” (którym przecież może być osoba dowolnej płci), „rodzeństwo”, „osoba”. Żądanie, żeby w sytuacjach, w których potrzebna jest maksymalna możliwa precyzja używać nieadekwatnego określenia ma tyleż sensu, co definiowanie ziemniaka jako „szarej kulki” i oburzanie się, gdy ktoś zamiast tego powie „bulba solanum tuberosum L.”. Nie sądzę też, by te same osoby oburzały się na frazę „rodzice adopcyjni”, mimo że społecznie pełnią oni tą samą rolę co „rodzice biologiczni”. Pokrewieństwo biologiczne ma tu tylko znaczenie, gdy chodzi o historię zdrowia dziecka, i tak, w gabinecie lekarza lub w dyskusji o adopcji wszyscy będą używać określenia „rodzice adopcyjni”, nie wymazuje to nijak instytucji rodzica biologicznego.

Ba, jest to absurdalne zawsze. Żyjemy w czasach, w których tradycyjny podział na kobiety i mężczyzn trochę przestaje być praktyczny, vide powtarzający się problem tzw. butch lesbians z byciem wypraszanymi z damskich toalet, bo mimo bycia ciskobietami „nie wyglądają jak kobiety”. To wymaga małej rewolucji językowej, dokładnie tak, jak wymagało jej wprowadzenie feminatywów. A nie, przepraszam, powtórne wprowadzenie feminatywów, bo używali ich nasi pradziadowie bez jęczenia. Sama byłam kiedyś jedną z tych osób, które uważały, że słowa takie jak psycholożka, ministra, magistra brzmią dziwnie i obco, a nawet infantylnie.

Sęk w tym, że każde słowo brzmi dziwnie, póki się do niego nie przyzwyczaimy. Dziwnie brzmiały naszym rodzicom e-maile, komórki i czaty, dziwnie brzmiały dziadkom miniówa i magnetofon. Język jest rzeczą płynną, która zmienia się wraz z biegiem historii, i owszem – ma swoje organy, które decydują np. która pisownia jest poprawna. Jednak te organa nie mają siły sprawczej w kwestii socjologii języka. Ona należy do jego użytkowników, którzy mają na język największy wpływ.

Owszem, można stawać okoniem, nazywać się panią psycholog albo panem psycholożką. Po co? Nie wiem. Mogę sobie tylko próbować przypomnieć, jakie były moje motywacje, i są z grubsza podobne do tego, co opisałam w tekście o hejtowaniu grubych. Czego jednak nie mogę pomijać to to, że język ma moc, i to niestety także moc destrukcyjną. Świadomi tego ludzie korzystają z możliwości wypięcia dupy do świata i obdarowania go produktem swych jelit, mówiąc o „feminazistkach” gdy chcą ośmieszać kobiety, „pogubionych dzieciach” gdy mają na myśli osoby LGBTQ, „braku znajomości biologii” gdy chodzi o zaimki osób trans.

(Nawiasem mówiąc ten „brak znajomości biologii” brzmi dość zabawnie w kontekście osób, które nie kumają, że piersi można mieć będąc mężczyzną. Znam co najmniej trzech cisfacetów, którzy mają piersi, z jednym z nich mieszkam. To nie jest jakiś rzadki fenomen. Znałam też co najmniej jedną kobietę, która nie była osobą z macicą, bo poddała się histerektomii, czyli zabiegowi jej chirurgicznego usunięcia.)

Piszę to kilka dni po tym, jak w Warszawie dźgnięto nożem geja, który szedł za rękę ze swoim chłopakiem. Od kilkunastu miesięcy sytuacja osób LGBTQ w Polsce – w tym i moja – staje się coraz bardziej rozpaczliwa, chociaż oczywiście niektóre literki odczuwają to bardziej niż inne. Mam przywilej tzw. passing as straight – nie „wyglądam” jak osoba queerowa. Dojechaliśmy jednak na etap, w którym zaczyna się usprawiedliwiać ataki fizyczne na przedstawicieli kolejnej grupy demograficznej, do której należę. Piszę „kolejnej”, bo przemoc wobec kobiet usprawiedliwia się odkąd pamiętam a to za krótką spódnicą, a to za słoną zupą.

Piramida dyskryminacji Gordona Allporta – źródło: Zespół Szkół Handlowo-Ekonomicznych im. Mikołaja Kopernika w Białymstoku

Jak widzicie jesteśmy już przy samym szczycie. Witold Waszczykowski skomentował atak nożownika następująco: „Jeśli w Łodzi chłopak z szalikiem Widzewa pojedzie na Polesie, które jest bastionem zwolenników ŁKS-u, to też może mu się stać krzywda”. W windzie w moim bloku od kiedy zamieszkałam pojawiły się napisy „j*bać LGBT (ku*wy)” i „stop LGBT”. Moja tęczowa flaga na balkonie przeszkadza niektórym sąsiadom i sugerują oni, że w takim razie powinni móc wieszać swastyki. W ciągu ostatnich tylko dwóch lat usłyszałam o sobie, że jestem pedofilką, nienormalna, zboczona,

Żyję jednak w bardzo ciekawych czasach, kiedy coraz mniej osób akceptuje to, w jakim kodzie kulturowym się urodziło. Przeklinają na ulicach, nie zgadzając się na prymat siły nad duchem prawa. Żądają możliwości, które się im jako ludziom należą. I bardzo mnie to cieszy – niektóre z tych osób są dzielniejsze ode mnie. Nie będę się inkryminować, podając szczegóły swojej aktywności protestacyjnej, ale dość rzec, że mogłabym robić więcej. Niektóre moje okoliczności życiowe mi na to nie pozwalają, nie mam odwagi o pewnych tematach mówić.

Co mogę za to i na co mi starcza odwagi? Starcza mi odwagi na używanie mojej, ciężko wypracowanej platformy, dzięki której docieram do coraz większej liczby osób, i to nie tylko ciskobiet… także osób trans, mężczyzn, osób niebinarnych czy genderfluid. Wszystkie osoby tu mile widziane, Miski od zawsze były tęczowe i miały tęczową załogę. Nasza społeczność z założenia była i jest inkluzywna. Będziemy używać inkluzywnych określeń i nie ma tu miejsca na transfobię.

Dlatego chcę być głosem społecznego dowodu słuszności – wszystkie tęczaki, opluwane w mediach i nazywane ideologią, wszystkie sekworkerki i seksworkerzy, ganiani przez policję bór wie za co, kobiety ośmieszane za odwagę mówienia o swojej tożsamości i prawach na ulicach, przytulam Was do naszej potrójnej piersi.

Jesteście tu zawsze u siebie. Także Wy, osoby z macicami.

Skomentuj