Playful Promises – Emerald 65DD; Dr. Feelgood

Playful Promises Emerald – cover

Niezmiernie się cieszę, że mogę zaprezentować Wam ten biustonosz. Jest to moje odkrycie roku, oda do wygody, miłość od pierwszego wejrzenia, estetyczny balsam dla oczu i ulubiony stanik na trudne dla biustu dni. A w dodatku możecie poznać mroczne zakamarki mojego gustu muzycznego… Przedstawiam Wam Playful Promises Emerald, miękkie cudo, które prywatnie nazywam Doctor Feelgood.

Playful Promises Emerald – wymiary

Obwód rozciągnięty/Band streched:  74.0

Obwód w spoczynku/Band:  66.0

Szerokość miski/Cup width: 13.0

Głębokość miski/Cup depth   13.0

Długość pojedynczej fiszbiny/Wire length: 22.0

Wysokość mostka/Gore height :  6.5

Szerokość mostka/Gore width: 1.2

Wysokość pasa koło miski/Wing height: 8.0

Szerokość ramiączek/Straps width:  2.0

Haftek w rzędzie/Hooks: 3

Ocena: / Rating:  

Estetyka / Aesthetics

  Wygoda / Comfort  

  Cena / Price

  Wytrzymałość / Longevity  

    Kształt / Shape

Jak się prezentuje Playful Promises Emerald

Moje spotkanie z Emerald nastąpiło dość niespodziewanie, a mianowicie podczas przeczesywania oferty wyprzedażowej na Brastop. Staniki można tam upolować nawet za 5 funtów – i właśnie ta porażająca kwota dzieliła mnie od urokliwego modelu Playful Promises! Kupiłam ostatni i uważam, że byliśmy sobie przeznaczeni. Uwielbiam te materiały – gładziutka satyna o idealnej elastyczności i miękkości, przyjemna dla skóry siateczka, złote klamerki, solidne wykończenia.

Na zdjęciach na płasko można odnieść wrażenie, że satyna mocno się błyszczy, ale jest wręcz przeciwnie – ma subtelny połysk, moja makijażowa dusza określiłaby go jako semi-glow. Materiał jest odrobinę rozciągliwy, ale tylko tyle, żeby przyjemnie się układać na sylwetce, dzięki czemu utrzymuje kształt w miarę użytkowania. Pod względem elastyczności siateczka zachowuje się podobnie jak satyna, a w dodatku jest na tyle miękka, że wykończono nią spód miseczek, również ich zielonej części.

Przejdźmy do elementów paskowych, czyli tego, co przyciągnęło moją uwagę do Emerald. Ramiączka są nieco grubsze niż w typowych stanikach na małe biusty, co zazwyczaj mnie irytuje, ale tutaj ich szerokość idealnie komponuje się z całością – tasiemki dodane wzdłuż i na skos miseczek są identycznej szerokości. Mostek składający się z trzech pasków leży gładko na skórze, a przeszycie i klamerki pośrodku dają mu solidne wzmocnienie.

Skoro już jesteśmy przy klamerkach – niech nie zwiedzie Was ich funkcja! To tylko ozdoba, bez opcji regulacji – tę akurat mamy na ramiączkach z tyłu, zupełnie klasycznie. Plus jest taki, że klamerka regulująca jest identyczna jak ozdobna (gdyby była np. plastikowa, byłoby to ostrym zgrzytem estetycznym, co zdarzyło mi się przy Chloe od Samanty).

W zasadzie brak regulacji pasków z przodu byłby moim jedynym zarzutem w stronę szmaragdowego cuda – na zdjęciach widać, że paski nie przylegają idealnie do miseczek, a nieco odstają. Pytanie brzmi tylko, czy taka regulacja byłaby w ogóle wykonalna od strony konstrukcyjnej, biorąc pod uwagę, że nosząc bieliznę jesteśmy w ruchu, czasem podnosimy ramiona, a ciasno wyregulowane paski mogłyby albo się rozluźniać, albo podciągać stanik w górę, przez co piersi wyglądałyby dołem spod fiszbiny.

To ja mam na sobie stanik?!

Zachwyt nad estetycznymi walorami tego stanika spowodował pewien niepokój w innej materii – jak będzie z wygodą? Czy skoro paseczki z przodu się nie regulują, to nie będzie się nadmiernie rozciągał? Czy różne materiały nie będą się nieprzyjemnie zachowywały na skórze? Otóż, proszę pań(stwa), na pytania o wygodę odpowie moja częstotliwość noszenia Emeralda – to bodaj najbardziej eksploatowany stanik, jaki gości obecnie w mojej komodzie (rywalizować z nim może tylko Azal i ich model Karen).

Oczywiście daję mu „odpocząć” pomiędzy noszeniami, bo zależy mi na długiej relacji, jednak właśnie po Emeralda sięgam w dni, kiedy czuję się gorzej – choruję, mam okres, przesusza mi się skóra. Praktycznie go nie czuję, ale jednak biust „siedzi” tam, gdzie ma siedzieć. Jego kształt prezentuje się zupełnie naturalnie, lekko zaokrąglony, ale bez unoszenia czy tworzenia dolinki. Nie mam pewności, czy ta forma sprawdziłaby się na większych rozmiarach, ale jak dla mnie – nie mogę narzekać.

Co z tą pomarańczą, czyli dlaczego miłość wybacza

Po przymierzeniu mnóstwa staników przez ostatni rok poczyniłyśmy z Agu pewną obserwację na temat tego, jak bielizna układa się na moim korpusie, a dokładniej: skąd bierze się ta nieszczęsna pomarańcza w szklance? Najpierw obstawiałyśmy moją tendencję do niedociągania ramiączek (bo przecież im bardziej naciągnięte, tym bardziej się spłaszcza biust #żelaznalogika). Potem podejrzewałyśmy, że może nie trafiłam na „swój” model i markę.

Jednak przy tej ilości marek, modeli i wariantów, jakie wciągnęłam na swój biust przez ostatni czas mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że „ten typ tak ma”. Odbicie fiszbiny na ciele mam zwykle poniżej naturalnej linii piersi, choćbym nie wiem jak się starała ułożyć biustonosz na sobie. Dlatego Dr. Feelgood nie dostaje ode mnie po łapkach za małą płaszczyznę nad fiszbiną. Miłość ci (prawie) wszystko wybaczy.

Opinie końcowe… i muzyczny bonus!

Kiedy już zalałam Was lukrem pochwał, miłości i zachwytów nad Emeraldem, pora rozpracować tytuł będący idealnym podsumowaniem mojej opinii: Dr. Feelgood. To piosenka napisana przez amerykański heavy metalowy zespół Mötley Crüe z 1989 roku, wydana na albumie pod tym samym tytułem (zapewne niejeden ortodoksyjny znawca lub znawczyni gatunku zaprzeczy mojej klasyfikacji, ale umlauty w przypadkowych miejscach to ważny element rzeczonej subkultury muzycznej).

Fazę na ich muzykę załapałam po obejrzeniu filmu biograficznego „The Dirt” na Netfliksie (pełna lista ostrzeżeń: wulgarny język, seks, narkotyki, przemoc, alkohol i co tam jeszcze można wpisać).

Tytułowy Dr. Feelgood to nikt inny, jak diler kokainy, ale zanim wsłuchałam się w tekst i obejrzałam teledysk, traktowałam wyrażenie Dr. Feelgood jako… poprawiacz humoru. Mam nadzieję, że ten okropnie kiczowaty teledysk, osadzony w kanonach epoki tak mocno, że za 10 lat będzie materiałem muzealnym, i Wam poprawi humor, a kolejny jego wzlot nastąpi przy zakupie czegoś z repertuaru Playful Promises. Zdecydowanie warto!

Tagi: , , , ,

Related Posts

by
Kasia rzeźbi w słowach, ma zawsze za dużo pomysłów i na wszystko próbuje spojrzeć z innej strony. 1/3 życia spędza jako specjalista od marketingu dla programistów, a po godzinach odreagowuje z pędzlem w ręku jako wizażystka (i makijażoholiczka, ale ćśśśś, nikomu nie mówcie). Wielbicielka dobrej kawy, kina, czekolady, swojego psa Portera i konkubenta Piotra – kolejność przypadkowa.
Previous Post Next Post
0 shares