Przybranie na wadze nie jest najgorszą rzeczą jaka może cię spotkać podczas kwarantanny

Ze smuteczkiem patrzę na memy udostępniane przez niektórych moich znajomych, naśmiewające się z tego, że po kwarantannie wyjdziemy z domu o parę kilo ciężsi, że mamy teraz dużo czasu na Netflixa i jedzenie i w związku z tym WSZYSTKO ZJEMY. Są to często znajomi o sylwetkach, nazwijmy to, mainstreamowych. I rozumiecie, przybranie na wadze to dla nich problem. Zbliżenie się np. do mojej sylwetki i mojej wagi to jest problem. A w najlepszym razie powód do śmiechu. Bardzo chciałabym się społecznie zdystansować wobec tych nieśmiesznych dowcipów.

Sytuacja w której się znajdujemy jest dla wielu osób trudna. Dla wielu może wręcz być traumatyczna. Kwarantanna pozbawiła niektórych części, niektórych wszystkich dochodów.

Pozbawiła nas dostępu do lekarzy.

Pozbawiła nas równowagi i rutyny, często ciężko wypracowanej.

Poczucia stabilizacji.

Podwyższony poziom lęku, w którym żyje obecnie spora część społeczeństwa sprawia, że nasza piramida potrzeb (wg A. Maslowa) zatrzymuje się gdzieś między “potrzebami fizjologicznymi” (wiecie, dach nad głową, woda, jedzenie, sen) i “poczuciem bezpieczeństwa” (czy jutro również wszystkie te rzeczy będę mieć?).

W sieci pojawia się teraz mnóstwo kursów i zajęć online, a większa ilość wolnego czasu jaką dysponujemy może zachęcać do spędzenia go na samodoskonaleniu. Ale wiecie co? Człowiek, który nie czuje się bezpiecznie, chce przede wszystkim najpierw zacząć się czuć bezpiecznie. A potem może obejrzeć zajęcia z jogi. Potrzeba samorealizacji jest w piramidzie potrzeb na samej górze.

Zarządzanie kryzysem

W sytuacji stresowej nasz mózg domaga się bodźców, które ten stres rozładują. Dobre jedzenie jest w tej chwili dla niektórych jedynym dostępnym źródłem dodatkowych endorfin. Nie ma parków, nie ma kontaktu z naturą, nie ma samotnych seansów w kinie, nie ma siłowni, nie ma wyjść ze znajomymi na miasto, często nie ma kontaktu z ukochaną osobą, albo możliwości pobycia kompletnie samemu, co też jest wielu osobom potrzebne.

Jest powód, dla którego istnieje określenie “comfort food”. Mało tego, produkty, które dostarczają naszemu mózgowi najwięcej endorfin? To czekolada, słodkie owoce (olaboga, fruktoza!), białka zwierzęce (olaboga, mienso!), orzechy (olaboga, tłuszcze!). To, że w sytuacji stresowej sięgamy właśnie po te produkty jest naturalną reakcją. Mózg potrzebuje hormonu szczęścia.

Pozwolę sobie w tym miejscu na odrobinę prywaty, żeby pomóc zobrazować w czym jest problem. Moja własna nadwaga – za którą nie przepadam, no ale ją mam – jest po części wynikiem lat spędzonych na walce z depresją i właśnie czerpania endorfin z jedzenia. A po części efektem ubocznym leków, które na tę depresję przyjmowałam. Nie miałam nigdy zdiagnozowanych zaburzeń odżywiania, ale gdybym miała określić status mojej relacji z jedzeniem, byłoby nim “to skomplikowane”.

Kiedy widzę te memy i heheszki z kilogramów, które nam przybędą na kwarantannie, mój poziom stresu automatycznie rośnie. Moja rutyna też została zaburzona.

Nie mogę chodzić na siłownię.

Nie ruszam się tyle, co normalnie, ponieważ z domu wychodzę średnio dwa razy w tygodniu,

Nie mam wyznaczonych pór posiłków, na które pozwalają mi luki w planie dnia.

Staram się pracować nad nową rutyną, ale jest to dla mnie trudne i wymaga czasu i wysiłku.

Wysiłku, na który mam w tej chwili mniej siły, bo jestem w stresie.

Wyobrażam sobie, że wiele osób z zaburzeniami odżywiania reaguje na te bodźce jeszcze bardziej nerwowo niż ja. A stres jest jak najbardziej bodźcem do nerwowego objadania się. Życie z zaburzeniami odżywiania jest trudne na co dzień, a co dopiero w sytuacji podwyższonego stresu i lęku, jak teraz. Badania w USA wskazują, że osób z zaburzeniem objadania się jest więcej niż tych cierpiących na anoreksję i bulimię razem wziętych.

Nie jest tak, że nie rozumiem, skąd się bierze się impuls wrzucenia w internet śmiesznego obrazka nawiązującego do trudnej sytuacji, w której się znaleźliśmy. Humor też jest sposobem na radzenie sobie ze stresem. I zanim ktoś napisze „ojej, przecież nikt ci nie każe patrzeć na te memy” – nie mogę się odciąć od mediów społecznościowych, bo to w tej chwili jedno z głównych źródeł kontaktu z bliskimi. Trudno przewidzieć, kto takim heheszkiem będzie chciał się podzielić, żeby prewencyjnie taką osobę zablokować.

Zarządzanie sobą w kryzysie

Przybranie na wadze nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się nam przytrafić podczas kwarantanny. Utrata środków do życia jest gorsza. Zachorowanie lub zarażenie kogoś koronawirusem jest gorsze, do cholery.

Przybranie na wadze w ogóle nie powinno być czymś złym. Nasze ciała nie zostały zaprojektowane do tego, żeby zawsze wyglądać i ważyć tyle samo. Większe zainteresowanie zdrowiem jest czymś naturalnym w kryzysie zdrowotnym, jakim jest globalna pandemia. Ale kultura wiecznego bycia na diecie po to żeby utrzymać jak najszczuplejszą sylwetkę nie jest zdrowa.

Pragnę tutaj zaznaczyć, że rozumiem, że istnieją osoby, dla których przybranie na wadze jest realnym problemem. Tak jak rozumiem i wiem, że zaburzenia odżywiania realnym problemem. Moim celem nie jest tutaj hejtowanie osób, które przejmują się tym, że przytyją podczas kwarantanny.

Hejtuję osoby, które się z tego naśmiewają, nie mając na uwadze, że mogą kogoś striggerować. Zaburzenia odżywiania mają wiele twarzy, wiele typów sylwetki i są czymś bardzo osobistym. Nigdy nie wiemy, kto z naszych znajomych może się z nimi borykać i kogo możemy urazić swoim brakiem delikatności.

Dlatego mam do was na koniec ogromną prośbę. Zanim udostępnicie kolejnego mema sugerującego, żeby podczas kwarantanny od czasu do czasu włożyć dżinsy “bo elastyczne dresy bywają zdradliwe”, zastanówcie się głęboko nad sobą.

I wrzućcie zdjęcie kotków. Kotki są fajne.

Skomentuj